Jak zachęcić publiczność do dialogu

lemon-squeezer-609273_1280Ile razy zdarzyło Ci się, że po zadaniu publiczności pytania zapadła niezręczna cisza? Podejrzewam, że więcej niż byś chciał. Na szczęście istnieją sprawdzone sposoby, by słuchacze przemówili ludzkim głosem i to nawet nie w wigilię. Skorzystaj z nich, a Twoje wystąpienia staną się bardziej interaktywne

0. Uprzedź negatywną reakcję

Jeśli publiczność wygląda na „nierozgrzaną” lub „oporną”, żaden ze wcześniejszych mówców nie nawiązywał z nią interakcji – warto uprzedzić negatywną reakcję. Zanim zadasz pytanie, powiedz coś w stylu:

Drodzy Państwo, zależy mi na tym, żeby moja prezentacja nie była jednostronna. Zamiast wygłaszać przemówienie, wolałbym po prostu z Państwem porozmawiać. Czy to Państwu odpowiada? Możemy się tak umówić? To świetnie. Sprawdźmy, jak to zadziała. Co Państwo myślą o stosowaniu diety? Czy to dobra metoda zrzucania zbędnych kilogramów?

1. Pokaż, że zależy Ci na odpowiedzi

Gdy zadałeś pytanie i nie doczekałeś się reakcji, podkreśl że oczekujesz odpowiedzi. Możesz powiedzieć np.:

Drodzy Państwo, zdaję sobie sprawę, że wielu mówców zadaje pytania retoryczne, na które nie oczekuje odpowiedzi. Ja się zaliczam do innej kategorii. Lubię rozmawiać ze swoją publicznością, jestem ciekaw, co Państwo faktycznie myślą. Czy taki styl rozmawiania zamiast wygłaszania przemówienia Państwu odpowiada? To świetnie! Wracając do mojego pytania … Co sądzą Państwo o…

2. Sparafrazuj pytanie

Być może pytanie, które zadałeś, jest zbyt ogólne. Dostarcza zbyt wielu możliwości lub nie nasuwa żadnych oczywistych odpowiedzi. Pomóż słuchaczom zrozumieć, co masz na myśli. Podaj kilka przykładów lub zawęź swoje pytanie, tak by łatwiej było wpaść na konkretną odpowiedź. Możesz tak sparafrazować swoje pytanie.

Po Państwa reakcji, a dokładniej jej braku, widzę że nie wyraziłem się zbyt precyzyjnie. Gdy pytałem o to, czy ktoś z Państwa stracił kiedyś jakieś dane, nie miałem na myśli tylko spalonego dysku twardego albo awarii serwera. Może ktoś z Państwa zgubił kiedyś pendrive’a? Albo zapisali Państwo plik w dziwnym miejscu i nie potrafili go Państwo odnaleźć. Czy takie sytuacje komuś z Państwa się zdarzyły?

3. Wskaż rząd lub sektor

Gdy zadajemy pytanie dużej grupie, łatwo o rozproszenie odpowiedzialności. Każdy jest przekonany, że ktoś inny się zgłosi i coś powie. Dlatego warto zawęzić wybór odpowiadających. Jednak wskazanie pojedynczej osoby, często nie będzie skuteczne – bo akurat ten słuchacz nie ma w tym temacie nic do powiedzenia. Lepiej jest wskazać płynnym ruchem ręki pierwszy rząd lub osoby siedzące na zewnątrz sektora (na tych miejscach najczęściej siadają osoby bardziej aktywne). Jest duża szansa, że spośród 5-10 osób, które jednocześnie wskażemy, znajdzie się chociaż jeden słuchacz, który po otrzymaniu drobnej zachęty, sam wyrwie się do odpowiedzi.

4. Znajdź nieświadomego ochotnika

Ostatnią deską ratunku jest znalezienie „nieświadomego ochotnika”. Gdy wcześniejsze środki zawiodły lub z góry założyłem, że z konkretnych powodów  nie będą skuteczne, uciekam się do wskazania osoby, która wykonała jakiś ruch ręką. Mogła się podrapać lub pogładzić po twarzy, poprawić kołnierzyk albo inną część garderoby. Nie ma to większego znaczenia. Ważne że dała pretekst. Jak już zlokalizujesz „ochotnika”, możesz powiedzieć np. tak:

Drodzy Państwo. Ochotników zawsze można wyznaczyć. Ale na szczęście nie ma takiej potrzeby. Widzę, że tutaj Pani się zgłosiła. Pewnie z racji wrodzonej nieśmiałości, podniosła Pani rękę tylko do połowy. Ja jednak pomogę Pani w zaistnieniu w tym towarzystwie i oddam Pani głos. Co Pani sądzi o …

Jak nikt ze słuchaczy nie dał oczywistego pretekstu w postaci ruchu ręku, jest jeszcze jeden sposób:

Jak zadaję pytania, zazwyczaj widzę wśród swoich słuchaczy szybki ruch oczami w dół. Po tym jak padnie pytanie dla wielu osób podłoga zaczyna być szczególnie interesująca. Obserwuję to zjawisko z wielkim zainteresowaniem i zawsze staram się dostrzec, kto jest trend-setterem, kto jako pierwszy ustanawia w danej grupie tą tradycję. Tym razem był to Pan. Dlatego chętnie posłucham, co jako trend-setter ma Pan do powiedzenia w tym temacie?

Oczywiście i w pierwszym i w drugim przypadku zachęcamy do wypowiedzi osoby, dając wyraźnie do zrozumienia, że jest to pewna gra z publicznością. Jeśli wskazany „ochotnik” nie chce się wypowiadać, to szukamy innej osoby lub po prostu prosimy, by ktoś się zgłosił do odpowiedzi. Po takim rozgrzaniu i rozbawieniu publiczności dużo łatwiej jest znaleźć kogoś, kto z własnej woli udzieli odpowiedzi.

Czego serdecznie Ci życzę

podpis popraw 2

A właśnie, że nie możesz wszystkiego!

adult-1260380_1280

„Jesteś kowalem swojego losu”, „the sky is the limit”, „możesz wszystko, jeśli tylko w to uwierzysz”. To przesłanie większości mów motywacyjnych i co najmniej połowy poradników z rozwoju osobistego. Hasła te brzmią wspaniale i wydają się optymistyczne, tymczasem dla większości ludzi częściej są źródłem nieszczęść niż wyzwolenia. Jak to możliwe?

Fizyczne ograniczenia

Wbrew temu, co mówi wielu guru motywacyjnych, wcale nie jest tak, że „jedyne ograniczenia to te, które sam sobie narzucasz”. Boleśnie przekonało się o tym niejedno dziecko, robiąc pelerynę supermena z pościeli i wyskakując z okna z pierwszego piętra. Ograniczenia istnieją i nie ważne jak silnie w coś wierzysz – grawitacji nie oszukasz.

Granice tego, co możesz osiągnąć, bynajmniej nie kończą się na umiejętnościach superbohaterów. Choćbym pragnął tego jak gimnazjalistka Justina Biebera i pracował wytrwalej niż największy „tyracz w korpo”, to mając 30-tkę na karku i bardzo przeciętne umiejętności sportowe, nigdy nie będę grał w piłkę nożną tak dobrze jak Robert Lewandowski ani w tenisa jak Jerzy Janowicz. Choćbym zjadł i tysiąc ‘stejków’ i wypił beczkę shake’ów proteinowych nie będę wyglądał jak Hardkorowy Koksu. Nie tylko teraz, za miesiąc czy za rok. Nigdy w życiu mi się to nie uda.

Intelektualne ograniczenia

Nasze ograniczenia nie są związane tylko z ciałem. Nigdy nie staniemy się kolejnym Albertem Einsteinem, choćbyśmy rozwiązali wszystkie krzyżówki panoramiczne i to bez ‘ścieśniania’. Inteligencji poznawczej nie da się po prostu wytrenować.

Biznesowe ograniczenia

Być może słyszałeś kiedyś, że od bycia milionerem dzieli Cię tylko jeden dobry pomysł. Wystarczy, że na niego wpadniesz, a zarobisz miliardy. Smutna rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Sam pomysł nie pozwoli Ci zostać nowym Billem Gatesem czy Stevem Jobsem, nawet jeśli dodatkowo jesteś posiadaczem garażu. To w końcu najlepsze miejsce do rozkręcania nowych biznesów ; – ). Sam pomysł często nie jest wiele warty, jeśli nie masz odpowiednich zasobów, by stworzyć produkt, poinformować ludzi o jego istnieniu i skutecznie zachęcić ich do kupna. Badanie przeprowadzone w 2015 roku przez Banfi Group pokazało, że tylko 6 procent polskich firm, założonych w ciągu ostatnich 10 lat przetrwało do dziś. A ile z nich uczyniło ich właścicieli miliarderami, jak twórców Microsoft czy Apple? Według mojej wiedzy – żadna. Szansa na to, byś stał się miliarderem istnieje, podobnie jak masz szansę na wygraną w lotto. Jedną na 14 milionów. Co prawda masz 20-krotnie większą szansę (1 / 775 000) na to, że trafi Cię piorun, ale kto by się tym przejmował? Przecież te złe rzeczy mogą się przydarzyć tylko innym, ale wygrana w loterii na pewno jest w Twoimzasięgu. To że istnieje na coś szansa, nie jest jeszcze wystarczającym argumentem za tym, by to zrobić. Mam ‘szansę’ żeby zostać Miss Polski – jeśli zmienię płeć, zrobię 50 operacji plastycznych, nauczę się chodzić na szpilkach i przekupię sędziów. Jednak nie jest to najlepszy sposób na wykorzystanie moich talentów i zasobów.

„Możesz wszystko” = kupisz więcej

Niestety, naiwne myślenie unieszczęśliwia wielu ludzi. Zamiast wyznaczyć cel na miarę swoich aktualnych możliwości i podnosić poprzeczkę wraz z kolejnymi sukcesami, chcemy za dużo i za szybko. Jak myślisz, czemu tyle osób dookoła przekonuje Cię, że „możesz wszystko”? Bo mają dobre serca i w Ciebie wierzą (mimo, że nawet nie wiedzą o Twoim istnieniu? Czy może dlatego, że chcą na Tobie zarobić?

Firmy wmawiają nam, że możemy (czy wręcz musimy) być doskonali, tylko po to, by wyciągnąć od nas jak najwięcej pieniędzy. „Bez dwumetrowego penisa, którym można wyważać bramy zamku, nigdy nie będziesz świetnym kochankiem. Kup więc nasz zestaw do rozciągania”. „Bez powtarzania tego zestawu afirmacji zawsze będziesz myślał ‘jak biedny człowiek’. Kup afirmację w wersji audio”. Ok. Może moje przykłady były trochę przesadzone. Ale miejmy świadomość, że wszystkie te zalecenia guru nie służą pomnażaniu naszego dobrobytu tylko ICH majątku. Nam szkodzą. I to nie tylko dlatego, że marnujemy cenne zasoby finansowe i jeszcze bardziej wartościowe godziny naszego życia. Gdy mimo stosowania się do tych złotych rad nie udaje nam się osiągnąć tego, co nam obiecano, kogo obwiniamy? Siebie. „Nie starałem się wystarczająco mocno”. Albo „jestem za głupi, za brzydka, za mało wierzę. Ale pójdę jeszcze na kolejne, droższe szkolenie i wszystko się zmieni”.

To wyjątkowo perfidny trick – wiele obiecywać, a gdy ludzie nie mają rezultatów, na które liczyli, wmówić im, że to ich wina.

Znajomość ograniczeń pomaga

Sam jestem niepoprawnym optymistą. Wydaje mi się, że wszystko się uda. Nawet gdy pracuję jednocześnie nad 5 projektami i już brakuje mi na nie zasobów, to jak na horyzoncie pojawi się szósty obiecujący pomysł, moja instynktowna reakcja to: „Zróbmy to! Już teraz! Jakoś damy radę”. Wiedząc o tej tendencji, udało mi się znaleźć Żonę : – ) mentorów i partnerów biznesowych, którzy mają nieco bardziej rozsądne podejście. Powstrzymują mnie przed angażowaniem się w kolejny projekt, gdy poprzednie nie są ukończone.

Wyobraź sobie, że wykonujesz trening siłowy sam w domu. Konkretnie leżysz na ławeczce i wyciskasz sztangę. Jeśli nie znasz swoich ograniczeń, trening najprawdopodobniej będzie albo bezwartościowy albo skończy się tragicznie. Jeśli dasz na sztangę zbyt mały ciężar – podniesiesz ją bez wysiłku i w efekcie Twoje mięśnie się nie wzmocnią. Jeśli jednak nałożysz za dużo kilogramów, to np. podczas końcówki drugiej serii możesz nie dać rady podnieść sztangi – nie tylko nad głowę. Ale nawet tak, żeby ją odłożyć. Sztanga z każdą chwilą zacznie Cię mocniej przygniatać. Wtedy wystarczająco boleśnie przekonasz się, że jednak nie możesz wszystkiego. I nawet wysłuchanie wszystkich audiobooków Tony’ego Robbinsa Ci w tym nie pomoże.

sztanga

Złoty środek

Nie, nie możemy wszystkiego. Wielu rzeczy nie możemy teraz, a duża część z nich będzie poza naszym zasięgiem do końca naszego życia. O sukcesie często decyduje los, przypadek, szczęście. Wiele z naszych zwycięstw nie jest (do końca) naszą zasługą i wiele naszych porażek nie jest naszą winą. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy rozłożyć ręce i bezczynnie czekać na zasiłek z MOPSu. Nadal dużo pozostaje w naszej mocy. Warto nie poprzestawać na przeciętności. Dążyć do bycia lepszym człowiekiem, każdego dnia. Jednocześnie stawiając sobie ambitne, ale realne cele. Bo tylko takie w dłuższej perspektywie będą dla nas motywujące. Zbyt ambitne cele rozczarowują i zniechęcają do działania. Za mało ambitne cele sprawiają, że w ogóle nie startujemy. Tak jak w przykładzie ze sztangą, warto znać swoje ograniczenia. A jeśli jeszcze ich nie poznałeś / łaś, dokładaj stopniowo kolejne ciężarki. Małymi partiami. Aż dojdziesz do swojego aktualnego progu wydolności.

Przesłanie

Nasze życie faktycznie może być lepsze. Jednak nie dzięki cudownym wynalazkom, sekretnym zaklęciom czy spotkaniom z guru – lecz dzięki temu, że znasz swoje ograniczenia i każdego dnia wykonujesz realną pracę, by stać się lepszym człowiekiem.

Jim Rohn powiedział: „Zazwyczaj przeceniamy to, co możemy zrobić w ciągu roku, a nie doceniamy tego, co możemy osiągnąć w ciągu 10 lat”. Daj sobie czas. Nie musisz w ciągu 12 najbliższych miesięcy znaleźć żony / męża, począć dziecka, schudnąć 10 kg i awansować w pracy. Masz na to znacznie więcej czasu. Lecz żeby to się realnie wydarzyło – zacznij już dzisiaj. Gdy skończysz czytać ten artykuł, zrób jedną dobrą rzecz. Wyślij bliskiej osobie miłego smsa. Zjedz jabłko. Wyjdź na spacer. Obejrzyj wartościowe video. Działaj. Małymi krokami możesz wdrapać się na niejeden szczyt.

Czego Ci serdecznie życzę

podpis popraw 2

Co to znaczy być „prawdziwym” mężczyzną we współczesnym świecie?

fenerbahce-1165230_1280

Już w 1975 r. Danuta Rinn pytała:„Gdzie Ci mężczyźni, prawdziwi tacy? Orły, sokoły, herosy?” W roku 2016 podobne pytania zadają kobiety „w internetach” czy dyskusjach z koleżankami. Oczywiście odpowiedź też mają już gotową. Poza Danielem Craigiem i kilkoma innymi hollywoodzkimi gwiazdorami – dziś prawdziwych mężczyzn już nie ma (nie mylić z cyganami i piosenką Maryli Rodowicz). Czy oby na pewno? I co to w ogóle znaczy być prawdziwym mężczyzną? Oto co ja mam w tej kwestii do powiedzenia.

Maska twardziela

„Prawdziwi mężczyźni nie jedzą miodu, tylko żują pszczoły”

– to jedno z moich ulubionych powiedzeń pokazujące klasyczne podejście do męskości. Facet musi być twardy, odporny na ból, nie okazujący emocji i broń Boże nie wolno mu zapytać o drogę. Samemu trzeba ją odkryć, nawet jeśli błądzenie po nieznanym terenie zajmie 3 dodatkowe godziny lub skończy się nadzianiem na widły przez lokalnych rolników.

W roku 1999 powstał świetny film dokumentalny: Tough Guise: Violence, Media & the Crisis in Masculinity, pokazujący jak wypaczoną wersję męskości kreują media. Oczywiście współcześnie trendów jest znacznie więcej. Przez moment była (jest?) moda na bycie mężczyzną metroseksualnym, potem lumberseksualnym i pewnie kolejne, które umknęły mojej uwadze. Ale podstawowy model męskości dotyczący siły, brutalności i nie okazywania emocji wciąż jest na topie.

Wszechstronna kompetencja w pracach fizyczno-życiowych

Dodajmy do tego, że prawdziwy mężczyzna to też drwal i majsterkowicz, który potrafi zerżnąć … potężne drzewo, a potem wystrugać z niego mebel. Powinien też umieć wykonywać prace elektryczne w domu i mieć krzepę by nosić swoją kobietę na rękach przez pół dnia, bez względu na to ile magnumów wcześniej zjadła.

Oczywiście troszeczkę przesadzam, ale jeśli w podobny sposób sformułujemy oczekiwania wobec prawdziwego mężczyzny, to faktycznie ja się do tego grona nie zaliczam i podejrzewam że 4,5 miliarda innych facetów również.

Jeśli mężczyzna nie potrafi wbić gwoździa w ścianę czy skręcić mebla z Ikei, to jest to do pewnego stopnia żenujące. Uważam jednak, że kobiety również powinny wykazywać podstawowe kompetencje w tym zakresie. Moja Żona świetnie radzi sobie  w tego typu zadaniach (może nawet lepiej ode mnie) i zarówno swojego synka jak i córkę będziemy chcieli tego nauczyć.

Główne cnoty męskości

W moim rozumieniu tego, co oznacza bycie mężczyzną najważniejsze są trzy cnoty:

1. niezależność

Dla mnie mężczyzna powinien znać swoje wartości i umieć się nimi kierować niezależnie od współczesnych trendów czy różnych „grup nacisku” – rodziny, kolegów czy przekazów medialnych.

Jeśli ktoś mi mówi, że prawdziwy mężczyzna powinien być taki, a takim mu być nie wolno, to słucham z uwagą, a potem patrzę na ile wpisuje się to w moje wartości. Czasami jest to z nimi spójne i biorę to dla siebie, a czasami odrzucam, jak nietrafiony prezent.

Niezależność mężczyzny objawia się dla mnie w myśleniu, wyciąganiu wniosków, tworzeniu spójnej wizji swojego życia. Niekoniecznie w umiejętności upolowania dzika. Nie chodzi mi bowiem o samowystarczalność (mężczyzna sam potrafi zapewnić sobie wszystko czego potrzebuje do przeżycia) tylko o umiejętność kierowania swoim życiem. Nie potrzebuję umieć wybudować domu swoimi dłońmi – mogę do tego wynająć ekipę, która zna się na tym znacznie lepiej ode mnie. W żaden sposób nie uwłacza to mojej męskości. Warto znać granice swojej kompetencji. Jakby wieczorową porą zaczepił mnie dres i widziałbym, że gadką się z tego nie wykręcę – to bez skrępowania wziąłbym nogi za pas i zaczął nimi czym prędzej przebierać. Nie widzę nic wstydliwego w ucieczce przed walką, której się nie da wygrać. Nie widzę nic chwalebnego w opuchniętej twarzy i złamanym nosie (przerabiałem to już 2 razy i mi wystarczy) po próbie podjęcia nierównej walki.

Właśnie trzymanie się takich fałszywych zasad jak: „Prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze / ucieka / poddaje się” uważam za przejaw braku niezależności myślenia i zarazem deficytu męskości.

Brak niezależności jest dla wielu mężczyzn bardzo bolesny. Jeśli za każdym razem muszą się kogoś o coś pytać, czy mogą to zrobić albo czy na pewno to nie będzie komuś przeszkadzało itd., to często czują się jak wykastrowani, czyli właśnie pozbawieni męskości.

2. siła

Niewątpliwie męskość kojarzy się z siłą. Mnie również. Siła fizyczna, mięśnie i muskuły są nie bez znaczenia. Mają one bowiem wpływ nie tylko na to, jaki ciężar facet jest w stanie udźwignąć. Wpływają też na jego pewność siebie, samopoczucie, to jak się zachowuje w towarzystwie itd. W rozwoju osobistym często koncentrujemy się na rozwoju umysłu i ducha, a zapominamy o ciele, które też jest ważne.

Jednak jeszcze istotniejsza jest dla mnie siła psychiczna – stabilność emocjonalna, czyli umiejętność radzenia sobie ze swoimi emocjami i nie ulegania im. Boję się, ale pomimo tego strachu potrafię działać. Jest mi smutno, ale nie będę teraz siedział całego dnia użalając się nad sobą, tylko zrobią coś, by poczuć się lepiej.

Warto zaznaczyć, że stabilność emocjonalna jest czymś innym niż dystans emocjonalny, czyli próba udawania że nic nie czuję albo że nic mnie nie rusza. Moim zdaniem o wiele lepiej jest mieć kontakt z rzeczywistością i własnymi uczuciami. Umieć je nazwać, opowiedzieć o nich. To pozwala nimi zarządzać. Dlatego postacie odgrywane przez Clinta Eastwooda niekoniecznie wpisują się w mój ideał mężczyzny. Wolałbym żeby każdy tato bez wysiłku potrafił powiedzieć swojemu synowi, że go kocha, a nawet cmoknąć go w czółko.

Siła to dla mnie również odporność. Umiejętność radzenia sobie z nieprzychylnymi komentarzami. Jak mówi inny bliski mi cytat:

„Rób swoje, a potem rozłóż parasol i pozwól się opluwać”.

Nie ma się co przejmować opiniami ludzi, którzy nic dla nas nie znaczą. Mężczyzna powinien również radzić sobie z wynikami, które nie są tak dobre, jak się oczekiwało. Mieć świadomość, że droga do sukcesu to proces, często żmudny i wymagający cierpliwości.

Jednak przejawem siły jest też przyznanie się do błędu i zawrócenie z drogi, która prowadzi donikąd. Silny i niezależny mężczyzna nie potrzebuje nikomu nic udowadniać i wykazywać się konsekwencją w sytuacjach, w których aż się prosi o zmianę decyzji. Zna też swoje słabości i współpracuje z ludźmi, którzy potrafią je uzupełnić.

3. zdecydowane działanie

Bardzo cenię umiejętność podejmowania „męskich decyzji”, czyli szybkich wyborów na podstawie dostępnych informacji. Nawet jeśli ta decyzja nie jest najlepsza, to „prawdziwy” mężczyzna nie zastanawia się nad czymś godzinami. Wybiera najlepszą dostępną strategię, działa i wyciąga wnioski. Jeśli trzeba, to zmienia strategię. Uczy się na błędach, swoich i innych. Wykazuje się inicjatywą / proaktywną postawą. Nie czeka aż inni zrobią coś za niego, tylko samodzielnie proponuje rozwiązania. Zamiast fantazjować o tym, jak wspaniale mogłoby być z kobietą, która wpadła mu w oko, pomimo że boi się odrzucenia, podchodzi i zagaduje. Licząc się z tym, że jest duża szansa, że dostanie kosza. To jednak nie jest ważne. Sama próba nawiązania kontaktu jest godna pochwały, bo pokazuje odwagę , odporność psychiczną i właśnie zdecydowanie.

Oczywiście w podejmowaniu decyzji dużo ważniejsze jest to, żeby były trafne a nie tylko szybkie. W moim idealne mężczyzny nie ma impulsywnego, nieprzemyślanego działania, byle tylko móc się wykazać podejmowaniem „męskich decyzji”. Zawsze warto odwołać się do logicznych argumentów i zapytać bardziej doświadczone osoby o zdanie. Pisząc o zdecydowanym działaniu myślę o takiej sytuacji, gdy wszystkie najważniejsze informacje są już sprawdzone. Da się stwierdzić, które rozwiązanie jest najlepsze z dostępnych. I wtedy bez niepotrzebnego deliberowania męski mężczyzna bierze się do działania i nie ogląda się co chwilę wstecz, zastanawiając czy może jednak zrobić coś innego. Działa aż dojdzie do konkretnego etapu, w którym może ocenić skuteczność obranej strategii.

Podsumowanie

Wbrew temu, co można usłyszeć w piosenkach, prawdziwi mężczyźni istnieją. Nie istnieją książęta z bajki na białych rumakach. Niewielu jest też twardzieli, którzy wszystko zniosą i wszystko są wstanie zrobić przy pomocy skrzynki z narzędziami. Mężczyźni z piwnym brzuchem, nie potrafiący obsługiwać wiertarki czy bojący się podejść do atrakcyjnej kobiety są jak najbardziej prawdziwi. Dużo prawdziwsi niż ci z kobiecych i męskich fantazji. Prawdziwy mężczyzna to człowiek nieidealny, mający problemy ze sobą i światem. Jednak to co w moim przekonaniu odróżnia go od mężczyzny „mało męskiego” to niezależność, siła i zdecydowane działanie. Niezależność, która pozwala samemu wybrać swoje wartości i najlepszą drogę do ich realizowania, bez względu na to co mówią inni. Siła, która umożliwia wytrwałe dążenie do celu i osiąganie kolejnych sukcesów, ale też przyznanie się do błędu i słuchanie mądrzejszych od siebie. Zdecydowane działanie, czyli wykazywanie się inicjatywą i wykonywanie kolejnych działań mimo ryzyka niepowodzenia.

Jeśli skończymy stawiać mężczyznom (i kobietom również) nierealistyczne standardy, którym niemal nie da się sprostać, a skupimy się na tym, co da się zrobić i czego da się nauczyć – świat będzie lepszym miejscem. I dla mężczyzn i dla kobiet.

Czego sobie i Wam serdecznie życzę.

podpis popraw 2

Dlaczego kobiety i mężczyźni mają inne podejście do miłości, seksu i związków?

chess-1155418_1280

„Mężczyźni myślą tylko o jednym”. „Kobietom zależy tylko na kasie”. We współczesnym świecie istnieje wiele stereotypów przypisywanych obu płciom w kontekście romantycznych lub seksualnych relacji. Skąd te przekonania się biorą? Czy jest w nich ziarno prawdy? Przekonajmy się.

 

Zanim przejdziemy do bardziej naukowych rozważań, weźmy pod lupę kilka przykładów z życia.

 

„Gdzie stoją”, tirówki i tirówek

Czy słyszałeś o aplikacji mobilnej: ”Gdzie stoją”? Gdy znajomy mi o niej powiedział, byłem przekonany, że chodzi o zaznaczanie na mapie, gdzie stoją patrole policyjne, by wiedzieć, kiedy zdjąć nogę z gazu. Tym czasem ta aplikacja pomaga w czymś zupełnie innym.

Cytując wygooglowany opis ze ‘strony producenta’

Na naszej stronie dowiesz się gdzie stoją tirówki, prostytutki. Zapraszamy! :).

Kierowcy zaznaczają na mapie, gdzie stoją panie lekkich obyczajów i polecają lub odradzają innym kierowcom skorzystanie z usług konkretnej ‘tirówki’, poprzez wpisywanie komentarzy.

Nie dysponuję badaniem, które by to potwierdziło, ale myślę że możemy realistycznie przyjąć, że 99% z klientów to mężczyźni, a 99% z (osób) świadczących usługi to kobiety. Samo słowo tirówka nie ma męskiego odpowiednika w języku polskim. Wątpię też, by taki ‘tirówek’ znalazł dużo pracy.

Przykład ten pokazuje, że faktycznie są tacy mężczyźni, który sporo myślą o seksie, a nawet przechodzą od słów do czynów i to z mniej lub bardziej przypadkowymi partnerkami.

Blachary i sponsoring

Przyjrzyjmy się teraz innemu polskiemu fenomenowi – blacharom. Wszyscy chyba kojarzą blachary, czyli młode kobiety (czy wręcz dziewczyny), które obficie ślinią się na widok pięknych samochodów i trochę mniej oglądając ich właścicieli. Faktem jednak pozostaje, że mężczyzna w pierwszej kolejności oceniany jest przez pryzmat wielkości swojego… auta.

Kolejny przykład to sponsoring. Nie mam tutaj na myśli pozyskiwania nagród rzeczowych lub pieniężnych w zamian za promocje np. na konferencji. Myślę o sponsoringu erotycznym, w którym to młoda kobieta / dziewczyna, w zamian za to że od czasu do czasu prześpi się ze starszym, kasiastym mężczyzną, dostanie od niego biżuterię, albo czynsz za mieszkanie będzie mogła opłacić „w naturze”. Znów, dużo rzadziej będziemy mieli do czynienia z sytuacją odwrotną, kiedy to bogata starsza kobieta znajduje sobie „utrzymanka”.

Płodność vs zasoby

Skąd więc biorą się różnice w działaniu kobiet i mężczyzn? Stoją za nimi bardzo podstawowe mechanizmy, które świetnie opisuje psychologia ewolucyjna.

Rozprawmy się najpierw z mężczyznami. Co ich najbardziej pociąga w kobietach? Wysublimowany gust? Ostry jak brzytwa intelekt? Nie.

Ciało. Konkretnie nagie ciało. Nagie, młode, wysportowane, zgrabne, proporcjonalne ciało z dużymi piersiami. Na ten widok mężczyźni wystawiają język tak daleko, że przechodząc obok można się o niego potknąć.

Co wszystkie te cechy kobiecego ciała mają ze sobą wspólnego? Są oznakami płodności.

Dlaczego nagie ciało nas podnieca? Bo gładka skóra, w naturalnych kolorach, bez brzydkich przebarwień, stanów zapalnych czy pasożytów jest oznaką zdrowia.

Proporcjonalne ciało, czyli takie które ma odpowiedni wskaźnik talia-biodra, oznacza z kolei, że kobiecie (stosunkowo) łatwo będzie urodzić dziecko.

Duże piersi? Będą pomocne w karmieniu potomstwa.

Zgrabność i wysportowanie? Również świadczą o zdrowiu, a także przydadzą się przy opiece nad dziećmi.

Młodość? Daje dużo większe szanse na urodzenie zdrowych dzieci.

Mimo iż mężczyźni tak tego nie analizują, to jako najbardziej seksowne są najczęściej odbierane przez nich te kobiety, które w widoczny sposób odznaczają się płodnością. Jest to do pewnego stopnia zabawne, bo dla wielu z tych mężczyzn ostatnią rzeczą, którą chcieliby zobaczyć po upojnej nocy, jest pozytywny wynik testu ciążowego. Podświadomie jednak, zgodnie z rozwiniętym przez dziesiątki tysięcy lat instynktem, atrakcyjność kobiety łączą z płodnością. Ładne kobiety będą bardziej pociągające niż te inteligentne. Nie ma co mieć o to pretensji do mężczyzn, bo to nie jest ich wybór. Tak zdecydowała za nich ewolucja.

Teraz przejdźmy do pań. Dla płci pięknej liczą się zasoby, zasoby i jeszcze raz zasoby. Nie chodzi tylko o pieniądze, czy szerzej zasoby materialne. Ważne są wszystkie te elementy, które wpływają na to, że będą miały za co wyżywić siebie i dzieci. Weźmy takiego studenta medycyny. W wieku 25 lat może jeszcze nie mieć zgromadzonego majątku ani nie zarabiać. Ale jeśli dobrze się uczy, jest inteligentny i potrafi się dogadywać z ludźmi, to dobrze rokuje. Może nie ma odpowiednich zasobów już teraz, ale jest realna szansa, że za kilka lat będzie przynosił do domu worki z pieniędzmi. Może więc warto związać się z nim, zamiast z kasjerem z supermarketu, który choć zarabia już teraz, to ma niewielkie szanse, by zarabiać więcej (nie zmieniając pracy).

Nie bez znaczenia są fizyczne zasoby  potencjalnego partnera . Atrakcyjny wygląd świadczy o zdrowiu i ‚dobrych genach’. Fizyczna siła,  wysportowanie czy dobra kondycja pozwalają wierzyć, że mężczyzna pożyje wystarczająco długo, by pomóc w wychowaniu dzieci i zapewnieniu bezpiecznego życia.

Poczucie humoru, kreatywność, umiejętność prowadzenia rozmowy czy słuchania to też ważne zasoby, które zwiększają atrakcyjność mężczyzny w oczach kobiety. Te przymioty świadczą z kolei, że życie z takim facetem będzie przyjemne i ciekawe. Jednak z ewolucyjnego punktu widzenia dużo istotniejsze są zasoby materialne lub te cechy, które bezpośrednio przekładają się na ich generowanie (pracowitość, spryt itd.). Nie ma się więc co dziwić paniom, że do pewnego stopnia faktycznie lecą na kasę. Mają to wpisane w geny.

Strategia R i K

W naturze znane są 2 strategie rozrodcze – R i K.

W strategii „R” należy wyprodukować jak najwięcej potomstwa, licząc na to, że przynajmniej jego część przeżyje. Im więcej tym lepiej. Idziemy w ilość. Przykładem takiego nastawienia mogą być ryby, które wypuszczają mnóstwo jajeczek.

Strategia „K” działa zupełnie inaczej. Zamiast stawiać na ilość, koncentruje się na jakości. Samice wydają na świat niewiele potomstwa, ale opiekują się nim i robią wszystko, żeby przetrwało. Człowiek jest prawdopodobnie najbardziej ekstremalnym przykładem tej strategii. Większość ciąż jest pojedyncza. Inne ssaki też się w nią wpisują. Nawet jeśli w miocie kotów mamy  7 miauczących, puchowych kulek, to jest to stosunkowo niewiele w porównaniu z tysiącami jajeczek ryb, płazów czy owadów.

Każda ze strategii ma swoje zalety i wady. W nieprzewidywalnym środowisku, gdzie warunki się zmieniają i pomimo najlepszej opieki nad potomstwem może ono łatwo umrzeć – lepiej może zadziałać strategia R – bo mamy więcej szans (ilościowo), że chociaż część z naszych potomków przetrwa i przekaże nasze geny dalej. Z kolei w stabilnych środowiskach sensowniejsza może się okazać strategia K, bo co z tego że wyprodukujemy 200 „dzieci”, jak wszystkie umrą bez naszego wsparcia. Lepiej jest stworzyć 2-3 potomków i zatroszczyć się o ich przetrwanie.

Co te strategie mają wspólnego z podejściem kobiet i mężczyzn do miłości, seksu i związków? Bardzo dużo. Mimo że jako gatunek wpisujemy się w strategię „K” kobiety zdecydowanie preferują podejście K, a mężczyźni R. Z prostego powodu.

Gdy kobieta zajdzie już w ciążę, z punktu widzenia ewolucji i przekazywania swoich genów, nie ma dla niej sensu uprawianie seksu z kolejnymi mężczyznami. I tak nie zwiększy to liczby jej potomstwa. Dodatkowo kobiety dużo uważniej dobierają swoich partnerów. Gdyby spały z kim popadnie, to często ich komórki jajowe byłyby zapładniane przez „nasienie słabej jakości”. Przez 9 miesięcy nie mogłyby pozyskać „lepszego nasienia”, a dzieci poczęte przez „kiepskich dawców spermy” byłyby głupie, słabe i miały małe szanse na przetrwanie  lub znalezienie sobie partnera i przekazanie genów do następnego pokolenia.

Popatrzmy teraz na mężczyzn. Oni takich ograniczeń nie mają. Nawet jeśli dojdzie do poczęcia dziecka z jedną kobietą, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby następnego dnia (albo jeszcze tego samego) kopulować z kolejną. I rozsiewać swoje nasienie przez okrągły rok, za każdym razem do innego „naczynia”. Znów, z ewolucyjnego punktu widzenia, jest to jak najbardziej racjonalne i sensowne zachowanie. Nawet jeśli „naczynie” nie jest szczególnie urodziwe (czytaj. mniej zdrowe i płodne) i/lub inteligentne (czytaj. gorzej się będzie opiekowało potomstwem), to nic nie szkodzi. Nasienia jest pod dostatkiem i jeśli z niektórych doniczek nic nie wyrośnie, albo po wyrośnięciu długo nie pożyje – to przecież mam w odwodzie dużo innych wehikułów swoich genów.

Dlatego mężczyznom opłaca się współżyć niemalże z kim popadnie – pod warunkiem że dany osobnik nie jest ewidentnie chory i mógłby czymś zarazić. Stąd zdrady w związkach dokonywane są dużo częściej przez mężczyzn, bo ich program biologiczny bardzo silnie ich do tego namawia.

Do pewnego stopnia tę pierwotną potrzebę hamują różnego rodzaju normy:

a) religijne (uprawianie seksu nie ze swoją żoną to grzech i będziesz się za to smażył w piekle),

b) społeczno-etyczne (zdradzający mąż to świnia, gnida, podły człowiek, oszust od którego wszyscy powinni się trzymać z daleka),

c) prawno-ekonomiczne (jak mąż zdradza, to sąd orzeknie rozwód z jego winy i kobieta przejmie dużą część jego majątku lub będzie musiał płacić alimenty).

Jednak potrzeba do uprawiania seksu z wieloma różnymi kobietami tkwi w mężczyznach bardzo głęboko i czasami instynkt bierze górę nad wychowaniem i ucywilizowaniem.

Wyjaśnienie to nie usprawiedliwienie

Proszę mnie dobrze zrozumieć. W tym artykule bynajmniej nie staram się usprawiedliwić zdradzających swoje partnerki mężczyzn. Zdrada jest czymś podłym. Krzywdzi nie tylko żonę / partnerkę, ale często też dzieci, rodziców (swoich, a zwłaszcza partnerki) i pośrednio też wspólnych znajomych.

Ta krzywda często ma też poważne konsekwencje i albo kończy się rozpadem związku albo pozostawia w nim ranę, która już nigdy do końca się nie zagoi.

Chwila przyjemności nie jest warta ranienia wszystkich osób, które kochamy. Odparcie ewolucyjnie napędzanej pokusy najczęściej nie jest też tak trudne i zdecydowana większość mężczyzn (jeśli nie wszyscy) potrafi to zrobić. Tylko nie zawsze chce. Łatwiej jest się poddać zachciance. Zwłaszcza tej głęboko zapisanej w genach.

Warto jednak mieć świadomość, jaki podstawowy mechanizm stoi za zdradą.

Podsumowanie

Odpowiadając na pytanie zawarte w tytule: to ewolucja zadecydowała o innym podejściu kobiet i mężczyzn do miłości, seksu i związków. Mężczyznom, zgodnie ze strategią „R” opłaca się rozsiewać swoje geny na prawo i lewo, bo to zwiększa szansę na odniesienie przez nich sukcesu rozrodczego, czyli „wyprodukowanie” jak największej ilości osobników z ich genami. Kobiety z kolei, przez to że przez 9 miesięcy ciąży są „zamknięte” na inne możliwości rozrodcze, uważniej dobierają partnerów i są mało zainteresowane seksem podczas bycia w ciąży.

 

Wnioski na przyszłość

Jakie są z tego praktyczne implikacje?

A. Dla kobiet

1. To, że Twój mężczyzna reaguje na inne atrakcyjne kobiety (jego wzrok pomknie w stronę urodziwej niewiasty, rozszerzą mu się źrenice lub przyspieszy oddech na widok seksownej kobiety czy nawet będzie miał erekcję), jest zupełnie normalne. Tak został genetycznie zaprogramowany. Dużo częściej będzie to odruchowa niż świadoma reakcja.

2. Czynienie mu wyrzutów z tego powodu, foszenie się bynajmniej nie poprawi waszej relacji. To tak jakby obwiniać psa za to, że nie jest kotem. Okazanie zrozumienia może się okazać dużo lepszą strategią. Nie należy być jednak zanadto pobłażliwą.

3. Warto (wspólnie!) wyznaczyć jasne granice, których Twój mężczyzna nie będzie przekraczał. Kontakt fizyczny z inną kobietą, bardziej zażyły niż uścisk dłoni, przytulenie czy buziak w policzek wydaje się naturalną granicą, której nie należy przekraczać. Ale może dla Ciebie ta linia ograniczenia powinna być ustawiona wcześniej. Porozmawiaj o tym ze swoim partnerem. Czy flirt, czyli rozmowa z podtekstami, która nie przekłada się na „fizyczność” jest dozwolona czy nie? Czy spotkanie się na kawę z inną kobietą wchodzi w grę? Pamiętaj, że choć może Cię kusić, by zakazać wszystkiego po kolei – tak na wszelki wypadek – to jeśli ustawisz granice zbyt ostro, będą one po prostu ignorowane. Stanie się to martwym, nieprzestrzeganym przepisem. Dlatego warto negocjować tak długo, aż wypracujecie rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony. Nie bez znaczenia jest też zawód wykonywany przez Twojego mężczyznę. Jeśli pracuje jako sprzedawca i flirt jest dla niego skuteczną techniką sprzedażową, zabronienie mu tego, może się bardzo negatywnie odbić na jego wynikach w pracy.

B. Dla mężczyzn

1. Nie traktuj swojego ewolucyjnego programu jako usprawiedliwienia ani przeznaczenia, którego nie da się uniknąć. Mężczyźni mogą pozostać wierni przez całe życie jednej partnerce i wbrew temu, co mogą Ci powiedzieć „życzliwi koledzy” nie jest to oznaka słabości ani powód do wstydu. Wręcz przeciwnie. Jest to oznaka siły, doskonałego panowania nad sobą, żelaznej samodyscypliny.

2. Nie igraj z ogniem. Jeśli samokontrola nie jest twoją mocną stroną i łatwo ulegasz różnym pokusom – jedzenia słodyczy, odpuszczenia sobie ćwiczeń na siłowni, odkładania spraw na później – to nie wystawiaj się na pokuszenie poprzez obcowanie z pięknymi kobietami, zwłaszcza sam na sam i to w niezawodowych kontekstach. Myślenie, że przecież w odpowiednim momencie dasz radę się wycofać zgubiło i zrujnowało (karierę polityczną, sytuację rodziną czy finansową) już niejednego mężczyznę.

3. Porozmawiaj ze swoją kobietą o swoich potrzebach. Tak, wiem że rozmowa o uczuciach i potrzebach może Ci się wydawać niemęska. Że to domena kobiet. A Ty jako twardziel niczym nie powinieneś się przejmować i zamiast miodu żuć pszczoły. Ja jednak zupełnie inaczej definiuję to, co jest męskim zachowaniem. Dla mnie zachowujesz się męsko wtedy, kiedy działasz zgodnie ze swoimi wartościami i nie przejmujesz się tym, co inni próbują Ci narzucić. Również czy może przede wszystkim twoi koledzy. Gdy na spokojnie powiesz swojej kobiecie, na jakie ograniczenie swojej wolności się zgadzasz, a co z kolei trudno Ci będzie zaakceptować, to oszczędzi to wam sporo kłótni i nieporozumień.

Czego serdecznie wam życzę.

podpis popraw 2

Bardzo nieromantyczna koncepcja miłości

couple in love

Nie zakochujemy się w ludziach ani nawet w ich wyidealizowanych obrazach. Zakochujemy się w emocjach, które nam te osoby dostarczają. W tym, jak sprawiają, że się czujemy. Gdybyśmy znaleźli innego człowieka albo nawet robota, który potrafiłby wywołać w nas te same stany, jego również moglibyśmy pokochać. Jak to możliwe? Odpowiedź znajdziesz w artykule.

Zanim przejdę do zaprezentowania swojej ‘bardzo nieromantycznej koncepcji miłości’, pokażę inny dominujący pogląd na miłość.

Androgyne i koncepcja dwóch połówek

Jeden z nich jest tak stary jak europejska kultura.  Zapoczątkował go Platon, opisując mit o adrogyne. Dawno, dawno temu, w czasach, których nie pamiętają nawet najstarsi górale, ludzie wyglądali zupełnie inaczej. Mieli dwie głowy, cztery ręce i cztery nogi. Byli tak potężni, że nawet bogowie się ich obawiali. Z tego też powodu nieśmiertelne istoty zdecydowały, że ludzi trzeba osłabić. Pod osłoną nocy dokonali brutalnego przecięcia, w wyniku którego z jednego pełnego człowieka, powstało dwoje niekompletnych. Dodatkowo bogowie porozrzucali ludzi po różnych zakątkach świata. Od tej pory mężczyźni i kobiety szukają swojej drugiej połowy, by się z nią złączyć i znów być jednością.

Koncepcja znalezienia „tej jedynej” czy „tego jedynego” została dodatkowo wzmocniona w romantyzmie, w którym gloryfikowano cierpienie wynikające z nieszczęśliwego zakochania. Werter wolał popełnić samobójstwo niż znaleźć dla siebie inną kobietę.

Wiele współczesnej dzieł  wpisuje się w tę tradycję. Hollywoodzkie filmy, różnego rodzaju książkowe romansidła (z wampirami lub pejczami) czy też teksty piosenek. Nic więc dziwnego, że koncepcja miłości, w której musimy odszukać „swoją drugą połówkę” tak wrosła się w naszą kulturę, że wielu osobom nawet nie przychodzi do głowy, że może być inaczej.

„Bardzo nieromantyczna koncepcja miłości”

Moja koncepcja opiera się na zupełnie innych założeniach, często przeciwstawnych do „połówkowej” teorii.

Po pierwsze: po świecie nie krąży jedna osoba, która jest nam przeznaczona. Nie jest tak, że w życiu można się tylko raz naprawdę zakochać, a cała reszta to pic na wodę i fotomontaż. W ciągu życia możemy „prawdziwie kochać” wiele różnych osób.

Po drugie: nie zakochujemy się w osobach, lecz w emocjach, które nam te osoby dostarczają.

Subtelne lingwistyczne rozróżnienie? Wręcz przeciwnie. To dwa zupełnie różne podejścia. Klasyczne zakłada, że kochamy konkretnego człowieka. „Bardzo nieromantyczna koncepcja” mówi, że najbardziej interesuje nas nie człowiek, lecz to jakie emocje w nas wywołuje. Na początku znajomości wiemy bardzo niewiele o drugim człowieku. Jeśli jednak spotkamy osobę odpowiednio atrakcyjną fizycznie (wzbudza w nas pożądanie seksualne) oraz emocjonalnie (potrafi nas rozbawić, zafascynować, sprawić że czujemy się wyjątkowi), to potrafimy szybko się w niej zakochać. To, czego o niej nie wiemy, wypełniamy swoimi fantazjami o idealnym partnerze. Działa tu klasyczny efekt aureoli – widzimy jedną dobrą cechę i od razu zakładamy, że skoro ktoś jest przystojny / piękny, to jednocześnie jest mądry, uczciwy, pracowity itd.

Pomysł że zakochujemy się nie w prawdziwym człowieku, lecz jego wyidealizowanej wersji dla wielu osób nie będzie odkrywczy. „Bardzo nieromantyczna koncepcja” idzie o krok dalej. Twierdzi, że nie tyle zależy nam na pokochaniu drugiego człowieka i związku z nim, ale na odpowiednim zestawie emocji, które w nas ten człowiek wywołuje. Gdybyśmy znaleźli innego człowieka, który działa na nas w podobny lub nawet silniejszy sposób, to jego też możemy „pokochać”. Czytaj, jesteśmy w stanie kochać jednocześnie kilka osób, jeśli każda z nich potrafi wprowadzić nas w odpowiedni stan.

Miłość do maszyny

Pójdźmy jeszcze o krok dalej. Wiele związków zaczyna się obecnie w internecie, na portalach randkowych typu Sympatia itp. Mamy na nich możliwość zobaczenia, jak ktoś wygląda … a dokładniej jak się prezentuje wyfotoszowowana wersja tej osoby. Możemy też zacząć rozmawiać, najpierw za pośrednictwem portalu, a potem „bardziej intymnych” smsów. W wyniku takich rozmów nieraz dochodzi do pojawienia się silnych uczuć w stosunku do osoby, której się nie widziało na oczy. Niektórzy ludzie zakochują się przez internet, nie wiedząc do końca w kim. Lub czym. Przeprowadzono bowiem kilka eksperymentów na tego typu portalach, gdzie specjalnie zaprogramowany komputer flirtował z kobietami i mężczyznami i skutecznie je uwodził. Na zdjęciach na swoim profilu nie pokazywał oczywiście procesora czy płyty głównej, ale wysportowane, seksowne ciałko wypożyczone z istocka. Dorośli mężczyźni i kobiety potrafili zakochać się w maszynie … a dokładniej potrafili się zakochać w emocjach, których źródłem był komputer. Bowiem zgodnie z „bardzo nieromantyczną koncepcją” w miłości nie jest ważna osoba czy obiekt, ale emocje zakochania, które w nas się pojawiają.

A co jeśli „bardzo nieromantyczna koncepcja” jest prawdziwa?

Zdaję sobie sprawę, że to dość kontrowersyjna teza i użyte przeze mnie argumenty nie będą dla wszystkich (zwłaszcza natchnionych romantyczek i romantyków) wystarczająco przekonujące, by zmienić swoje zdanie na temat miłości. Przyjmijmy jednak chociaż na chwilę, że tak faktycznie jest. Możemy się zakochać w każdym, kto potrafi wywołać w nas odpowiedni zestaw emocji. Z czego ten zestaw się składa? Dla każdego może on się trochę różnić, ale najczęściej będzie zawierał takie komponenty jak: pożądanie, podekscytowanie, omnipotencję (mogę wszystko / wszystko jest możliwe / „all you need is love”), intymność / bliskość, poczucie bezpieczeństwa itd.

Czy w związku z tym, heteroseksualny mężczyzna może się zakochać w innym mężczyźnie? Jak najbardziej. Pod warunkiem, że ten będzie wyglądał, jak atrakcyjna kobieta i w żaden sposób nie da po sobie poznać, kim jest naprawdę. Dokładnie taką historię znajdziemy w filmie [spoiler alert!] M. Butterfly z Jeremy’m Ironsem. Albo reality show „Wszystko o Miriam”.

Czy to dobra czy zła wiadomość, że nie tyle kochamy drugiego człowieka, co emocje, które w nas wywołuje? Ocena zależy od innych naszych przekonań.

Z jednej strony ktoś może w „bardzo nieromantycznej koncepcji miłości” znaleźć usprawiedliwienie do zdrady swojego partnera. Przecież „ja ją/ jego tak naprawdę nie kocham”, „mogę znaleźć sobie kogoś innego, kto we mnie wywoła stan zakochania/miłości”. Jeśli jednak komuś, tak jak mnie, bliskie są chrześcijańskie wartości i gdy już się ożenił / wyszedł za mąż nie dopuszcza możliwości związania się z kimś innym, ta koncepcja może być bardzo pomocna. W jaki sposób?

Popraw, nie porzucaj

Skoro miłość to zestaw emocji, które czujemy pod wpływem pewnej osoby, możemy pośrednio wpływać na to czy i jak mocno kogoś kochamy. Co prawda „serce nie sługa” i nie możemy sobie rozkazać kogoś kochać czy wzmocnić to uczucie. Jesteśmy jednak w stanie stworzyć odpowiednie okoliczności, w których każdą ze składowych miłości poczujemy silniej w towarzystwie bliskiej nam osoby.

Jeśli mężczyzna widuje swoją kobietę w domowych warunkach, w których przeważnie chodzi ona nieuczesana, niepomalowana i w przetartych dresach nic dziwnego, że silniejszym pożądaniem będzie reagował na „obce”, zadbane i wypachnione kobiety.

Jeśli kobieta widzi swojego mężczyznę jak ten drapie się po tyłku, dłubie w nosie czy ściąga śmierdzące skarpetki i rzuca je koło łóżka, nic dziwnego że inni faceci mogą sprawiać wrażenie atrakcyjniejszych.

Jeśli więc mężowie chcą bardziej kochać swoje żony, mogą zasponsorować im wyjście do kosmetyczki czy na szkolenie wizerunkowe, na którym kobiety uczą się dobierać makijaż i ubrania do swojego typu urody. Inna strategia to powiedzenie wprost o swoich potrzebach „bycia mężczyzną”, a więc możliwości decydowania czy wręcz dominowania, przynajmniej w niektórych elementach związku. Facet, który o wszystko musi pytać swoją żonę o pozwolenie, będzie się czuł jak kapeć.

Jeśli kobiety chcą bardziej kochać swoich mężów, niech wprost powiedzą na czym im zależy w sypialni i co sprawia, że czują się wyjątkowe. Drogie Panie, jeśli liczycie na realne efekty, to subtelne aluzje z pewnością ich nie zagwarantują. Jednoznaczne, dobitne sformułowania. Ewentualnie demonstracja w zwolnionym tempie. To powinno zadziałać.

Choć „bardzo nieromantyczna koncepcja” odziera miłość z duchowej warstwy i sprowadza ją do odczuwanych stanów emocjonalnych, uważam że jest ona bardzo optymistyczna. Pozwala bowiem popracować nad związkiem i wywoływaniem określonych uczuć, zamiast stwierdzić, że się niedopasowaliśmy i pora znaleźć kogoś innego. Przenosi odpowiedzialność z losu na ludzi. Bo to od nas zależy, przynajmniej pośrednio, co będziemy czuli względem naszego partnera i jak on się będzie czuł pod wpływem naszych słów i działań.

Dwie twarze rozwoju osobistego

rozwoj-osobisty_1438

Nie tak dawno do Internetu wyciekł film, na którym studenci w ramach ‘warsztatu z rozwoju osobistego’ uderzali się po twarzach na prośbę prowadzącego. Małe zamieszanie wywołał też artykuł ‘Coaching to ściema’. Na facebooku zaś możemy znaleźć fanpage „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty” mający prawie 30 tysięcy lajków. Czy zatem rozwój osobisty w Polsce zmierza w stronę zasłużonego końca? Przekonajmy się.

Dziękuję wydawnictwu MT Biznes za dostarczenie książki Rafała Żaka „Rozwój osobisty. Instrukcja obsługi” do recenzji.

Odloty, patologie, bezmyślność

Niewątpliwie w świecie rozwoju osobistego jest nad czym popracować. I nie mam tutaj na myśli żądnych wiedzy i umiejętności uczestników szkoleń, ale samozwańczych trenerów, coachów i innych cudotwórców. Aby mianować się lekarzem trzeba skończyć długie i trudne studia, odbyć praktykę w szpitalu, a potem często zrobić specjalizację lekarską. Zupełnie inaczej jest w przypadku trenerów i coachów. Każdy może się nim nazwać, postawić stronę z gotowego szablonu na WordPressie, kupić zdjęcia na istocku z uśmiechniętymi ludźmi, sfabrykować opinie od ‘zadowolonych klientów’ i zacząć prowadzić szkolenia czy sesje coachingowe. Pół biedy, jeśli uczestnicy takich zajęć widzą niekompetencje prowadzącego i o tym głośno mówią. Wtedy rynek weryfikuje taki najgorszy sort trenerów ; – )

Znacznie gorzej, jeśli taki nieopierzony trener mówi z pewnością i entuzjazmem, a jego słowa noszą znamiona mądrości. W takiej sytuacji może on znaleźć grono swoich wielbicieli i docierać do coraz większej ilości osób, które pragną coś zmienić w swoim życiu. Podczas szkolenia czują motywację i moc, dzięki charyzmie prowadzącego, jednak gdy wracają do domu, wszystko z nich ulatuje jak z przekłutego balonu. Jakie jest więc rozwiązanie? Pojechać na kolejne szkolenie do tego trenera, co jest taki fajny i świetnie gada!

Niestety większość osób w Polsce zainteresowanych rozwojem osobistym nie ma świadomości, że jeżdżenie do tego samego trenera, na to samo szkolenie więcej niż raz, świadczy o nieskuteczności zarówno szkoleniowca jak i prowadzonych przez niego zajęć. Gdyby szkolenie było naprawdę wartościowe, rozwiązałoby Twoje problemy już za pierwszym razem. A skoro nie pomogło, to naprawdę nie warto znowu się na nie pchać. Robienie częściej niewłaściwych rzeczy nie pomoże.

Inna patologia typowa w pracy z coachem czy psychologiem to przywiązanie klienta do siebie. Znam przypadki osób, które spotykają się z coachem od 1,5 roku i są bardzo z tej współpracy zadowolone. Od coacha dostają wsparcie, akceptację, wyrozumiałość dla swoich błędów. Nawet od czasu do czasu coś mądrego im podpowie albo sami wpadną na rozwiązanie, dzięki jego pytaniom. Co mi przeszkadza w tej sytuacji? Każda relacja rozwojowa lub terapeutyczna (mentora, coacha, psychoterapeuty) powinna być terminowa. Trwa przez jakiś czas, a potem się ją kończy. Dlaczego? Bo klient powinien być w stanie funkcjonować samodzielnie, bez ciągłego wsparcia coacha. Po to właśnie podczas coachingu zwiększa się samoświadomość klienta, pomaga mu uświadomić zasoby, którymi dysponuje, żeby w przyszłości sam potrafił o siebie zatroszczyć. Coach czy terapeuta, który nie potrafi o to zadbać i przeciąć „pępowiny” w odpowiednim momencie jest albo niekompetentny albo egoistyczny i chciwy. Tak czy inaczej warto się trzymać od niego z daleka.

Nie wylewajmy dziecka z kąpielą

Mimo iż przykładów nieskuteczności czy wręcz szkodliwości zajęć rozwojowych jest więcej niż bombek na wrocławskiej choince w rynku, nie znaczy to wcale, że powinniśmy w całości zdelegalizować rozwój osobisty. Na szczęście jest wielu trenerów i coachów, którzy w swojej pracy bazują na czymś więcej niż tylko na własnym doświadczeniu. Zadają sobie trud, by dotrzeć do badań naukowych oraz najlepszych praktykach biznesowych. Wymieniają się doświadczeniami z kolegami i koleżankami po fachu, przechodzą superwizję (czyli nadzór ze strony bardziej doświadczonego trenera / coacha) itd. To wszystko sprawia, że prowadzone przez nich zajęcia dają wymierne rezultaty. Szczególnie widoczne jest to w świecie biznesu, który często jest znacznie bardziej wybredny niż typowy fan rozwoju osobistego. Właściciele firm i menadżerowie przykładają większą wagę do wyboru trenera oraz rozliczają go z efektów. A to sprawia, że na tym rynku są w stanie przetrwać Ci, którzy faktycznie pomagają innym rozwijać ważne umiejętności.

Światełko w tunelu

Jeśli idziesz po ciemku i nie wiesz czy właśnie zmierzasz w stronę rozwojowego szamba czy też świątyni mądrości – jest dla Ciebie nadzieja. Tym światełkiem w tunelu jest książka „Rozwój osobisty. Instrukcja obsługi” napisana przez Rafała Żaka. Rafał jest jednym z tych trenerów, którzy nie poprzestają na powtarzaniu obiegowych mądrości, ale docierają do źródeł – badań naukowych, analiz, twardych danych pokazujących co jest skuteczne, a co tylko sprawia takie pozory.

W swojej książce Rafał często w humorystyczny i ironiczny sposób prezentuje czym jest rozwój i jak najlepiej z niego skorzystać. Świetnie definiuje kluczowe pojęcia, takie jak kompetencje czy style uczenia się. Pokazuje różne możliwości, jakie dostarcza nam świat rozwoju, a wśród nich: szkolenia, trening w miejscu pracy, coaching i mentoring. Doradza też, które z nich warto wybrać w zależności od potrzeb i sytuacji. Rafał nie koloryzuje polskiej rzeczywistości rozwojowej. Niczym Mariusz Max Kolonko mówi jak jest, bezlitośnie pastwiąc się nad głupotami i oszustwami obecnymi na rynku.

Książka „Rozwój osobisty. Instrukcja obsługi” jest przemyślana, logicznie uporządkowana i kompletna. Jest w niej wszystko to, o czym młody adept samorozwoju powinien wiedzieć. Autor prowadzi nas za rękę od ogólnych pojęć i terminów, do szczegółowych rozwiązań, pokazując ich skuteczne i mniej udane wersje. A to zdecydowanie pomoże czytelnikowi w przyszłości podjąć racjonalne decyzję o tym, gdzie i jak się rozwijać. Dodatkowo, żeby nie przytłoczyć czytelników miejscami cięższą tematyką, Rafał przygotował ciekawostki rozwojowe w dwóch cyklach „Okiem szydercy” oraz „Ścinki, skrawki i smaczki”. Mimo iż nie są one najczęściej nośnikami ważnych treści, dodają książce lekkości i pikanterii.

Czy coś bym w tej książce zmienił? Cóż, fragmenty zatytułowane „Teraz Ty” miały pełnić funkcję ćwiczeń. W książce nie ma jednak przewidzianego miejsca na to, by cokolwiek w niej zapisać. Zamiast tego czytamy polecenie „Weź kartkę i ołówek”. Większość czytelników tego typu „poradnikowych” książek ma tendencję do tego, by ominąć ćwiczenia i przejść dalej. Autor nieszczególnie postarał się, aby temu zapobiec. Każde utrudnienie w postaci potrzeby znalezienia czystej kartki dodatkowo zmniejsza prawdopodobieństwo wykonania ćwiczenia przez czytelnika. Nie widziałem też wielu powiązań pomiędzy poszczególnymi ćwiczeniami, tak aby zrobienie ich wszystkich składało się na jakąś większą całość, jak numerki w krzyżówkowych hasłach.

Mimo tego zastrzeżenia gorąco polecam wszystkim zainteresowanym rozwojem osobistym przeczytanie książki Rafała Żaka. Dostarczy Wam odpowiedzi na wiele pytań i pozwoli uniknąć przynajmniej części błędów i pułapek.

Prawdziwa zmiana zaczyna się dzisiaj

Call

Większość ludzi, gdy już odkryje, czego pragnie, mierzy siły na zamiary. Stawia sobie ambitne cele, licząc na to, że gdzieś po drodze znajdzie motywację i sposób na ich osiągnięcie. Jeśli i Ty zaliczasz się do tej grupy z pewnością zainteresuje Cię alternatywne podejście, w wielu przypadkach znacznie skuteczniejsze.

Podejście „Z góry na dół”

Popularnym pomysłem na realizację celów i planowanie jest patrzenie na sytuację z lotu ptaka. Określamy w nim cel i sytuację początkową, a następnie dzielimy całą podróż na etapy. Najbardziej wyrazistym przykładem podejścia „Z gór na dół” jest tzw. Strategia Vonneguta. Przyjmujemy w niej datę osiągnięcia celu, a następnie cofamy się o pewne jednostki czasu. Np. jeśli 1 stycznia 2020 mam mieć 1 mln zł na koncie, to co powinno się wydarzyć do 1 stycznia 2019 roku? A co do 1 stycznia 2018 roku, itd.

Brzmi ona bardzo sensownie i pozwala świetnie rozplanować swoje cele. Szkoda tylko, że bardzo rzadko się sprawdza. Zazwyczaj życie pokazuje, że w poniekąd logicznym planie nie uwzględniliśmy wielu zmiennych, które uniemożliwiają jego realizację. W międzyczasie zamiast okładać coraz więcej pieniędzy, potrzebowaliśmy je wydać na nowy samochód (bo stary się niespodziewanie i dokumentnie zepsuł) czy zabiegi medyczne (bo mimo obchodzenia kolejnej ’18-tej’ rocznicy urodzin zdrowie przestało być już tak dobre jak kiedyś). I oszczędności zamiast rosnąć przez pierwsze 12 miesięcy, stopniały.

Po roku przyglądamy się krytycznie naszemu planowi mrużąc oczy i marszcząc czoło. Widzimy, że nie działa, więc machamy na niego ręką, a cel, które wcześniej jasno świecił na horyzoncie, dziś ledwo się tli i powoli gaśnie.

Na szczęście nie musimy raz za razem powtarzać tego smutnego scenariusza. Istnieje sensowna alternatywa.

Podejście „Z dołu do góry”

Amerykański prezydent, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Theodore Roosevelt, powiedział kiedyś:

Rób to, co możesz, tym, co posiadasz, i tam, gdzie jesteś.

Świetnie oddaje ono esencję podejścia „Z dołu do góry”. Zamiast nadmiernie koncentrować się na kolejnych etapach realizacji celu, zwłaszcza długoterminowego, główny nacisk położony jest na to, co można zrobić tu i teraz. Dzięki temu dużo trafniej możemy ocenić, jakie działania są realistyczne, a jakie pozostają domeną fantazji.

Góra, dół i nauka hiszpańskiego

Wyobraź sobie, że chcesz się nauczyć hiszpańskiego. Zdaję sobie sprawę, że do mówienia w obcym nie wystarczy sama znajomość słownictwa, ale posłużmy się takim uproszczeniem. Dodatkowo załóżmy, że gdy poznamy 1 000 hiszpańskich las palabras (czyli wyrazów), będziemy w stanie zamówić drinka, poprosić panią do flamenco czy kupić bilet na corridę.

Przyjmując podejście „Z góry na dół”, możemy założyć, że ten cel łatwo osiągniemy w 100 dni. Wystarczy czy każdego dnia nauczymy się 10 nowych słówek. Dodatkowo trochę czasu poświęcimy na utrwalanie.

Dzisiaj jest 11 września, za 100 dni będzie 20 grudnia. Fantastycznie! Na Boże Narodzenie będę mógł pojechać do Hiszpanii i porozmawiać o tradycjach świątecznych.

Tak jak wspominałem wcześniej, takie założenia wyglądają sensownie, do momentu kiedy życie ich nie zweryfikuje. Zacznijmy od dostępnego czasu.

Zazwyczaj myślimy, że chociaż dzisiaj i jutro nie mamy czasu na naukę słówek, to pojutrze (a już na pewno za tydzień!) on się znajdzie. Praktyka jednak pokazuje, że o ile nie zwolnią nas z pracy albo nie kończymy właśnie remontu mieszkania, to za tydzień będziemy równie zajęci, co dzisiaj.

Prawdziwa zmiana zaczyna się dzisiaj

Jeśli chcesz rozwinąć nową umiejętność, popracować nad swoim zdrowiem, relacjami czy wynikami w pracy nie odkładaj tego na przyszły miesiąc, tydzień czy nawet dzień. Zacznij już dzisiaj, BEZ WZGLĘDU NA TO jak dużo masz zaplanowanych zadań. Nawet gdy zdecydujesz się na naukę hiszpańskiego o 23:58 i tak zdążysz nauczyć się że piłka to po hiszpańsku bola, posłuchać fragmentu La Tortura Shakiry czy znaleźć stronę internetową ze słówkami.

Najważniejsze jest żeby zacząć, wykonać pierwszy krok, nieważne jak mały.

Chcesz się zacząć zdrowo odżywiać? Zjedz jeszcze dzisiaj jabłko.

Chcesz zacząć oszczędzać? Wyciągnij z portfela i odłóż 1 zł.

Chcesz mieć jeszcze lepsze relacje z bliską Ci osobą? Wyślij do niej miłego smsa.

Wszystkie te rzeczy możesz zrobić nawet mając ekstremalnie zajęty dzień.

Małymi krokami dalej zajdziesz

W następnych dniach podnoś delikatnie poprzeczkę (sam najczęściej robię to, co 5 dni). Oprócz owocu, zjedz jeszcze warzywo. Odłóż 2 zł, zapisz na karteczce miłe słowa dla swojego partnera czy współlokatora.

W przykładzie z hiszpańskim – zaczęlibyśmy od nauki 1 słowa dziennie. Potem 2 wyrazów, 3 i 4. Po drodze okazałoby się, ile tak realnie możemy dzień w dzień poświęcić czasu na naukę. Bardzo możliwe, że okazałoby się, że nauczenie się 10 nowych słów przez kilka dni to żaden problem – zwłaszcza na początku, gdy motywacja jest wysoka. Jednak z czasem stawałoby się to coraz trudniejsze, aż mogłoby prowadzić do zarzucenia celu.

Tymczasem jeśli idziemy „od dołu do góry”, możemy odkryć naturalną granicę, którą możemy w miarę łatwo utrzymać. Np. 5 słówek. Możemy każdego dnia uczyć się 3 nowych słówek, a 2 stare utrwalić. W ten sposób osiągniemy swój cel w postaci 1000 słówek nie po 100 dniach, ale po 334, czyli po roku. Będzie to co prawda trwało 3 razy dłużej, ale szansa że nam się to uda, jest znacznie większa. Pomyśl, że w 1 rok jesteś w stanie nauczyć się dobrze komunikować w dowolnym obcym języku, poświęcając na to tylko 5 minut każdego dnia. Wystarczy, że zaczniesz DZISIAJ.

Automatyzacja zachowań

Swoją szansę na sukces możesz mocno zwiększyć, jeśli wprowadzisz pewną regularność do tej nauki. Zamiast uczyć się tych 5 słówek raz rano, raz po obiedzie, a raz wieczorem – lepiej będzie znaleźć na to stałą porę dnia albo sekwencję (np. PO TYM JAK zjem obiad). Dzięki temu zautomatyzujesz to zachowanie, czyli przekształcisz je w nawyk. O którym nie trzeba będzie pamiętać, zmuszać się do niego. Będziesz wykonywać go odruchowo, tak jak sięgasz rano po szczoteczkę do zębów.

O nawykach możesz przeczytać więcej na moim drugim blogu, lub w książce, którą wydałem. Zachęcam też do skorzystania z gry planszowej Kraina Nawyków, która działa w pełni zgodnie z założeniami opisanymi w tym artykule.

Podsumowanie

Podejście „Z góry na dół” na swoje plusy. Nieźle sprawdza się w biznesie, gdzie nie można założyć, że jakoś i kiedyś osiągniemy cel. Tam potrzebna jest konkretna data i intensywne działania. Gdy jednak pracujesz nad osobistymi celami, zwłaszcza takimi, za które już kilka razy się zabierałeś i niewiele z tego wychodziło – gorąco polecam Ci podejście „Z dołu do góry”. Rekomendują je zarówno praktycy zarządzania (np. David Allen, twórca Getting Things Done) oraz naukowcy (m.in. BJ Fogg – stanfordzki profesor, od 20 lat badający, dlaczego ludzie się zachowują w określony sposób).

1. Wyznacz cel, który chcesz osiągnąć.

2. Zrób jeszcze dzisiaj cokolwiek, co przybliży Cię do jego osiągnięcia.

3. Stopniowo podnoś poprzeczkę tak, by dalej bez problemu dało się wykonać działanie każdego dnia.

4. Zautomatyzuj zachowanie, przekształcając je w nawyk.

A osiągniesz swój cel szybciej niż myślisz.

Czego Ci serdecznie życzę.

podpis popraw 2

Jak lepiej zrozumieć świat i podejmować lepsze decyzje?

Blind

Wiedzę o świecie czerpiemy z rozmaitych źródeł: z własnego doświadczenia, z tego, co powiedzą nam inni ludzie lub czego uczy nas religia. Jednak zdecydowanie najpewniejszym źródłem są badania i potwierdzone teorie naukowe. Gdy nauczymy się odróżniać kilka kluczowych pojęć, będziemy w stanie dokonywać znacznie lepszych wyborów w życiu prywatnym i zawodowym.

Związek przyczynowo-skutkowym a korelacja

Kiedy jedno zjawisko wystąpi po drugim, często sądzimy, że pierwsze było przyczyną, a drugie skutkiem. W wielu przypadkach faktycznie tak jest, np. gdy wciśniemy przycisk i zaraz zapali się światło lub gdy powiemy komplement bliskiej osobie, a ona się uśmiechnie.

Związki przyczynowo-skutkowe mogą być jednostronne lub dwustronne.

Gdy za oknem jest piękna pogoda – świeci słońce, wieje lekki wiaterek i jest ok. 25 stopni – od razu czuję się lepiej. Piękna pogoda jest więc przyczyną, a moje lepsze samopoczucie skutkiem. Niestety ta zależność działa tylko w jedną stronę i gdy ja poczuję się lepiej, to słońce nie wychodzi nagle zza chmur ani temperatura się automatycznie nie podwyższa.

Przykładem dwustronnego związku przyczynowo-skutkowego prawdopodobnie jest bycie szczęśliwym i posiadanie bliskich relacji. W toku licznych badań naukowych zostało udowodnione, że jednym z najistotniejszych czynników decydujących o ludzkim szczęściu jest posiadanie bliskich relacji. Gdy mamy ludzi, którzy nas kochają lub się z nami przyjaźnią dużo łatwiej jest przeżyć każde nieprzyjemne wydarzenie. Jednak coraz więcej naukowców (np. prof. Barry Schwartz) zaczyna przypuszczać, że zależność ta działa także w drugą stronę. Przez to że ludzie są szczęśliwi, a przez to weseli i pozytywnie nastawieni, łatwiej jest im nawiązać znajomości, które później przerodzą się w przyjaźń czy miłość. Jeden z arabskich myślicieli setki lat temu powiedział że:

najłatwiej jest złowić miłość w sieci radości

I faktycznie, mało kto zdecyduje się na związek z ponurakiem czy marudą.

W wielu sytuacjach nie wiemy czy przyczynowość działa w jedną czy w dwie strony. Na niemal każdym kursie NLP i licznych warsztatach z komunikacji pojawia się temat budowania rapportu, dopasowania się do rozmówcy. Zaobserwowano bowiem, że osoby które dobrze się dogadują (PRZYCZYNA) przyjmują podobną postawę ciała (np. oboje zakładają nogę na nogę) i gestykulują w zbliżony sposób (SKUTEK). Szybko wyciągnięto z tego niekoniecznie prawdziwy wniosek, że w takim razie można odwrócić tę zależność i dzięki dopasowywaniu mowy ciała do rozmówcy, sprawiamy, że chętniej się z nami porozumie. Być może tak jest. Badania psychologiczne jasno pokazują, że bardziej lubimy ludzi podobnych do nas – pod względem ubioru, wspólnych zainteresowań, wieku czy miejsca urodzenia. Jednak uważam za co najmniej równie prawdopodobne, że sztuczne dopasowanie się do rozmówcy pod względem zajmowanej postawy nie zwiększa szans na porozumienie.

Rodzaje korelacji

Korelacja oznacza, że dwa zjawiska występują razem lub w jakiś sposób zależą od siebie.

Korelacja może być pozytywna. Oznacza to, że im silniej / częściej występuje jedno zjawisko, tym silniej / częściej możemy zauważyć drugie. Np. im częściej reklamowany jest dany produkt (o ile reklama jest dobrze zrobiona i oglądają ją ludzie należący do potencjalnych klientów), tym częściej ludzie go kupują.

Korelacja może też być negatywna. Wtedy im silniej / częściej występuje jedna tendencja, tym rzadsza / słabsza jest druga. Im niższa jest cena, np. paliwa, tym chętniej jest ono kupowane. Występuje więc negatywna korelacja pomiędzy ceną a sprzedażą, przynajmniej niektórych produktów.

Korelacja może być silna. Wtedy duży wzrost jednej wartości łączy się intensywnym zwiększeniem drugiej. Tak jest w przypadku poziomu zarobków i wydatków. Korelacja może też być słaba, gdy dużemu wzrostowi jednego parametru towarzyszy tylko niewielki przyrost drugiego. Taką zależność możemy zobaczyć pomiędzy wykształceniem (od licencjatu) a poziomem zarobków. Teoretycznie im wyższe wykształcenie, tym więcej ludzie zarabiają, ale nie ma dużych różnic pomiędzy średnimi zarobkami osób posiadających licencjat, magisterkę czy doktorat.

Nie każda korelacja to związek przyczynowo-skutkowy

Wiele z korelacji to de facto związki przyczynowo-skutkowe. Te zjawiska nie tylko występują razem, ale jedno jest przyczyną drugiego. Często jednak nie wiemy czy faktycznie jedno zależy od drugiego.

Mylenie związku przyczynowo-skutkowego z korelacją jest bardzo popularnym błędem, który może pociągać za sobą poważne niekorzystne konsekwencje. Jednym z takich przykładów jest ruch antyszczepieniowy. Niektórzy rodzice zauważyli, że w krótkim czasie po wzięciu szczepionki, rozwinął się u ich dzieci autyzm (lub inna choroba). Stwierdzili zatem, że szczepionka była przyczyną, a autyzm skutkiem. Tymczasem dużo bardziej prawdopodobne jest, że autyzm rozwinąłby się u tych dzieci, nawet jeśli nie dostałyby szczepionki, a wystąpienie tych dwóch zjawisk po sobie było kwestią przypadku. Poniżej zamieszczam zabawne silne korelacje pomiędzy dwoma zjawiskami, które z całą pewnością nie mają ze sobą wiele wspólnego:

śmieszna korelacja 1

Powyższy wykres pokazuje ścisłą zależność pomiędzy tym ile USA wydaje na naukę, podróże w kosmos i technologię a tym ile osób popełniło samobójstwo poprzez powieszenie się. Liczby te są zdumiewająco zbieżne, jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że coraz więcej ludzi wiesza się z POWODU większych wydatków rządu amerykańskiego na naukę ani tym bardziej, że PRZYCZYNĄ zwiększonych wydatków na badania naukowe jest coraz większa liczba samobójstw przez powieszenie. Tak się przypadkowo złożyło, że akurat w tych latach te dwa zjawiska szły ze sobą w parze.

Drugi przykład jest równie ciekawy:

śmieszna korelacja 2

Liczba osób, które utonęła pływając w basenie mocno korelowała z tym, w ilu filmach w danym roku wystąpił Nicholas Cage. Znów, patrząc na same dane aż się prosi o stwierdzenie, że jedno musiało być przyczyną a drugie skutkiem. Jednak również tym razem ta zbieżność jest kwestią przypadku.

 Fałszowanie rzeczywistości

Większość przesądów, zabobonów i myślenia magicznego działa właśnie w ten sposób, że łączy ze sobą dwa zjawiska, które w rzeczywistości występują niezależnie od siebie, w związek przyczynowo-skutkowy. ‘Zaraz po tym jak drogę przebiegł mi czarny kot, od razu dostałem wiadomość, że jednak nie dostanę pracy, o którą się ubiegałem’. ‘Następnego dnia po tym, jak zbiłem lustro, akcje spółek, które kupiłem, mocno straciły na wartości’. ‘Po tym jak mocno wizualizowałem sobie wygraną w lotto-lotka udało mi się wygrać czwórkę’. Żadne z tych wydarzeń nie ma logicznego powiązania. To, że wystąpiły po sobie, było kwestią przypadku.

Jak zatem sprawdzić czy coś jest korelacją czy związkiem przyczynowo-skutkowym? Najlepiej jest poszukać wyjątków od tej ‘reguły’. Ile razy po tym, jak czarny kot przebiegł Ci drogę, nie wydarzyło się nic złego? Ile razy po tym, jak wizualizowałeś sobie wygraną na loterii, Twój los nie przyniósł Ci ani złotowki? Szybko może się okazać, że dużo częściej te zjawiska nie idą ze sobą w parze niż występują po sobie.

Pomocne pytania

Gdy zatem w przyszłości poczujesz pokusę, by szybko przesądzić, że jedno zjawisko jest przyczyną drugiego, zadaj sobie trzy pytania:

a) ile razy po wystąpieniu pierwszego zjawiska nie doszło do drugiego?

b) czy jest jakieś trzecie zjawisko, które dużo lepiej wytłumaczyłoby wystąpienie tego drugiego (niż pierwsze)?

c) jaka jest szansa, że drugie zjawisko i tak by się pojawiło, nawet gdyby pierwsze nie miało miejsca?

A dzięki temu dużo trafniej będziesz rozumiał jak działa świat i będziesz w stanie podejmować lepsze decyzje,

czego Ci serdecznie życzę
podpis popraw 2

Dlaczego to, co ma gwarantować dobrobyt, w rzeczywistości Cię unieszczęśliwia

Santas sledge and presents

Wszyscy żyjemy w kłamstwie. Współczesna ideologia Zachodu wmawia nam, że duża liczba dostępnych wyborów i możliwość samodzielnego decydowania o wszystkim zagwarantuje nam wolność i szczęście. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Mnogość wyborów to niezastąpiona recepta na życie pełne żalu, poczucia winy i rozczarowania. Jak to możliwe?

„Każdy kolejny dzień jest początkiem nowego życia”, „Stwórz siebie”, „The sky is the limit”. Te i wiele innych hasełek motywacyjnych zachęca Cię do dokonywania zmian w swoim życiu. Codziennego decydowania o tym, kim chcesz się stać. Brzmi to całkiem przyjemnie, prawda? Łatwo można pomyśleć: „Nie jestem skazany, na obecne życie, które nie do końca mi odpowiada. Mogę wszystko!” Problem polega jednak na tym, że wcale nie możesz wszystkiego. Im prędzej to sobie uzmysłowisz, tym szybciej uda Ci się osiągnąć te rzeczy, które faktycznie są w Twoim zasięgu.

Zacznijmy jednak od kwestii podstawowych. Od dzieciństwa wszyscy nam sugerują, że duża liczba dostępnych opcji gwarantuje nam dokonanie dobrego wyboru i lepsze życie. Powinniśmy zatem robić wszystko, by zwiększyć możliwość wybierania. To przekonanie tak mocno tkwi w mentalności ludzi Zachodu, że prawie nikomu nie przyszło do głowy, by je zakwestionować. Na szczęście amerykański psycholog Barry Schwartz, podjął się tego wyzwania. Pokazuje on, w niezwykle przekonujący sposób, podpierając się badaniami naukowymi i historiami z własnego życia, że dodawanie sobie kolejnych możliwości, to najczęściej strzał w stopę. Bolesny i powodujący długotrwałe kalectwo emocjonalne.

Jeśli tak jak ja, kupowałeś niedawno telewizor, to wiesz, o czym piszę. Ilość dostępnych egzemplarzy jest wręcz zatrważająca. Możesz wybrać producenta, przekątną, częstotliwość odświeżania, ilość portów i złączy, rodzaj dekodera i dziesiątki innych parametrów. Czy te wszystkie możliwości były źródłem szczęścia dla mnie i Żony? Nie! Były przyczyną poważnego bólu głowy, odwleczenia decyzji o zakupie o trzy miesiące i straty kilku godzin życia na dokonywanie analiz porównawczych.

W naszym mieszkaniu znajduje się teraz najlepszy telewizor, jaki kiedykolwiek mieliśmy. Lecz w tyle głowy do tej pory kołaczą mi się myśli typu: „Może jednak należało wziąć ten model z 3D” albo „trzeba było dołożyć te trzy stówki do lepszej jakości obrazu”.

To są właśnie koszty alternatyw. Porównujemy swój wybór z atrakcyjnymi cechami opcji, z których zrezygnowaliśmy i mamy wątpliwości czy podjęliśmy dobrą decyzję. Gdy wracałem ze Stanów Zjednoczonych, postanowiłem w sklepie wolnocłowym kupić porządne perfumy. Po wstępnej selekcji wybrałem 3 zapachy, które bardzo mi się podobały. Zastanawiałem się nad tym, które wziąć tak długo, że prawie spóźniłem się na swój lot. A co robiłem, siedząc już w samolocie? Zadręczałem się myślami, że może jednak należało wybrać jeden z dwóch pozostałych flakonów. Przecież miały taki piękny zapach…

Im więcej mamy wyborów, tym z większej liczby atrakcyjnych możliwości rezygnujemy. Każda z nich złośliwie woła do nas: ”a mogłeś mieć mnie. Ale się sfrajerzyłeś”. Szybko przestajemy widzieć korzyści produktu, który wybraliśmy. Dostrzegamy tylko jego mankamenty i to, z jakich wspaniałości zrezygnowaliśmy.

Mnogość wyborów prowadzi do:

1. Paraliżu decyzyjnego

Przez pierwszy rok od założenia polisy inwestycyjnej w ogóle nie zmieniałem w niej funduszy. Bynajmniej nie dlatego, że było mi obojętne, co się dzieje z moimi pieniędzmi. Po prostu możliwości zakupu innych funduszy było tak wiele, że nie potrafiłem się na nic zdecydować. Z tego powodu zamiast sensownego zarobku, ponosiłem straty.

2. Przerostu oczekiwań

Gdy mając kilkanaście lat oglądałem „hit na sobotę”, nie miałem wobec filmu żadnych szczególnych oczekiwań. Cieszyłem się, że mogę cokolwiek obejrzeć. Teraz, gdy wybieram z dziesiątków tysięcy pozycji dostępnych w internecie, chcę znaleźć perfekcyjny film. I regularnie się rozczarowuję. Bo żaden z nich nie jest idealny, choć każdy o kilka klas wyprzedza „sobotni hit” z dzieciństwa. Przez moje niezwykle wygórowane oczekiwania nawet produkcje zdobywające kilkanaście oskarowych statuetek, mogą być co najwyżej tak dobre, jak sądziłem. Przyjemne zaskoczenie stało się niemal niemożliwe.

3. Obwiniania siebie

Gdy moi Rodzice kupowali mi ubrania w dzieciństwie, byli zadowoleni, że udało im się znaleźć w sklepie coś, co mniej więcej odpowiadało mojemu rozmiarowi. Choć ciuszki nie zawsze pasowały, dokonywali najlepszego możliwego wyboru i byli z niego zadowoleni. Gdy ja udaje się na zakupy po nową parę butów mogę przebierać w dziesiątkach modeli, jeśli nie setkach. Jeśli na koniec kupię niewygodne lub mało estetyczne buty, jest tylko jedna osoba, którą mogę za to winić. Jestem nią ja. Przy tak wielu możliwościach, to ja jestem odpowiedzialny za porażkę.

Dokładnie tak samo jest z rzeczami znacznie ważniejszymi niż robienie zakupów. Jeśli „mogę stworzyć siebie”, a jednak mi się to nie udaję i każdego dnia wychodzę z łóżka będąc sobą, a nie swoją lepszą wersją, to kto jest za to odpowiedzialny? Ja! Mnie się nie udało. Przypisujemy porażkę sobie, mimo że zewnętrzne czynniki mają na nią często znacznie większy wpływ. Przez przerost oczekiwań, mam nadzieję, że ta wielka transformacja dotycząca mojej wagi czy stanu mojego konta nastąpi już następnego dnia. A gdy tak się nie dzieję, oprócz poczucia winy, pojawia się też żal i rozczarowanie.

Wbrew sloganowymi jednego z bardziej popularnych trenerów/showmenów w Polsce, nie jesteśmy w stanie „stworzyć siebie”. Z dnia na dzień nie zmienimy tego, kim jesteśmy. Skuteczna zmiana zachowania, a w efekcie i naszego życia, nie jest wynikiem jednorazowych zrywów, nakręcenia motywacyjnego czy oceanu możliwości. Wręcz odwrotnie. Zmiana następuje wtedy, gdy świadomie zrezygnujemy z tych wszystkich opcji i skoncentrujemy się na konkretnych celach.

Pracując nad swoją samokontrolą, nawykami i wykonując każdego dnia drobną prace, znacznie szybciej i skuteczniej osiągniemy to, czego pragniemy. Nie dzięki niezliczonej liczbie wyborów. Dzięki konsekwentnemu ignorowaniu tych wyborów i trzymaniu się swoich zasad oraz wartości.

Czego Ci serdecznie życzę

podpis popraw 2

ps. Jeśli ten temat szczególnie Cię zainteresował, zachęcam Cię do przeczytania książki Barry’ego Schwartza Paradoks wyboru, która była inspiracją do powstania tego wpisu.