Miesięczne archiwum: Grudzień 2015

Bardzo nieromantyczna koncepcja miłości

couple in love

Nie zakochujemy się w ludziach ani nawet w ich wyidealizowanych obrazach. Zakochujemy się w emocjach, które nam te osoby dostarczają. W tym, jak sprawiają, że się czujemy. Gdybyśmy znaleźli innego człowieka albo nawet robota, który potrafiłby wywołać w nas te same stany, jego również moglibyśmy pokochać. Jak to możliwe? Odpowiedź znajdziesz w artykule.

Zanim przejdę do zaprezentowania swojej ‘bardzo nieromantycznej koncepcji miłości’, pokażę inny dominujący pogląd na miłość.

Androgyne i koncepcja dwóch połówek

Jeden z nich jest tak stary jak europejska kultura.  Zapoczątkował go Platon, opisując mit o adrogyne. Dawno, dawno temu, w czasach, których nie pamiętają nawet najstarsi górale, ludzie wyglądali zupełnie inaczej. Mieli dwie głowy, cztery ręce i cztery nogi. Byli tak potężni, że nawet bogowie się ich obawiali. Z tego też powodu nieśmiertelne istoty zdecydowały, że ludzi trzeba osłabić. Pod osłoną nocy dokonali brutalnego przecięcia, w wyniku którego z jednego pełnego człowieka, powstało dwoje niekompletnych. Dodatkowo bogowie porozrzucali ludzi po różnych zakątkach świata. Od tej pory mężczyźni i kobiety szukają swojej drugiej połowy, by się z nią złączyć i znów być jednością.

Koncepcja znalezienia „tej jedynej” czy „tego jedynego” została dodatkowo wzmocniona w romantyzmie, w którym gloryfikowano cierpienie wynikające z nieszczęśliwego zakochania. Werter wolał popełnić samobójstwo niż znaleźć dla siebie inną kobietę.

Wiele współczesnej dzieł  wpisuje się w tę tradycję. Hollywoodzkie filmy, różnego rodzaju książkowe romansidła (z wampirami lub pejczami) czy też teksty piosenek. Nic więc dziwnego, że koncepcja miłości, w której musimy odszukać „swoją drugą połówkę” tak wrosła się w naszą kulturę, że wielu osobom nawet nie przychodzi do głowy, że może być inaczej.

„Bardzo nieromantyczna koncepcja miłości”

Moja koncepcja opiera się na zupełnie innych założeniach, często przeciwstawnych do „połówkowej” teorii.

Po pierwsze: po świecie nie krąży jedna osoba, która jest nam przeznaczona. Nie jest tak, że w życiu można się tylko raz naprawdę zakochać, a cała reszta to pic na wodę i fotomontaż. W ciągu życia możemy „prawdziwie kochać” wiele różnych osób.

Po drugie: nie zakochujemy się w osobach, lecz w emocjach, które nam te osoby dostarczają.

Subtelne lingwistyczne rozróżnienie? Wręcz przeciwnie. To dwa zupełnie różne podejścia. Klasyczne zakłada, że kochamy konkretnego człowieka. „Bardzo nieromantyczna koncepcja” mówi, że najbardziej interesuje nas nie człowiek, lecz to jakie emocje w nas wywołuje. Na początku znajomości wiemy bardzo niewiele o drugim człowieku. Jeśli jednak spotkamy osobę odpowiednio atrakcyjną fizycznie (wzbudza w nas pożądanie seksualne) oraz emocjonalnie (potrafi nas rozbawić, zafascynować, sprawić że czujemy się wyjątkowi), to potrafimy szybko się w niej zakochać. To, czego o niej nie wiemy, wypełniamy swoimi fantazjami o idealnym partnerze. Działa tu klasyczny efekt aureoli – widzimy jedną dobrą cechę i od razu zakładamy, że skoro ktoś jest przystojny / piękny, to jednocześnie jest mądry, uczciwy, pracowity itd.

Pomysł że zakochujemy się nie w prawdziwym człowieku, lecz jego wyidealizowanej wersji dla wielu osób nie będzie odkrywczy. „Bardzo nieromantyczna koncepcja” idzie o krok dalej. Twierdzi, że nie tyle zależy nam na pokochaniu drugiego człowieka i związku z nim, ale na odpowiednim zestawie emocji, które w nas ten człowiek wywołuje. Gdybyśmy znaleźli innego człowieka, który działa na nas w podobny lub nawet silniejszy sposób, to jego też możemy „pokochać”. Czytaj, jesteśmy w stanie kochać jednocześnie kilka osób, jeśli każda z nich potrafi wprowadzić nas w odpowiedni stan.

Miłość do maszyny

Pójdźmy jeszcze o krok dalej. Wiele związków zaczyna się obecnie w internecie, na portalach randkowych typu Sympatia itp. Mamy na nich możliwość zobaczenia, jak ktoś wygląda … a dokładniej jak się prezentuje wyfotoszowowana wersja tej osoby. Możemy też zacząć rozmawiać, najpierw za pośrednictwem portalu, a potem „bardziej intymnych” smsów. W wyniku takich rozmów nieraz dochodzi do pojawienia się silnych uczuć w stosunku do osoby, której się nie widziało na oczy. Niektórzy ludzie zakochują się przez internet, nie wiedząc do końca w kim. Lub czym. Przeprowadzono bowiem kilka eksperymentów na tego typu portalach, gdzie specjalnie zaprogramowany komputer flirtował z kobietami i mężczyznami i skutecznie je uwodził. Na zdjęciach na swoim profilu nie pokazywał oczywiście procesora czy płyty głównej, ale wysportowane, seksowne ciałko wypożyczone z istocka. Dorośli mężczyźni i kobiety potrafili zakochać się w maszynie … a dokładniej potrafili się zakochać w emocjach, których źródłem był komputer. Bowiem zgodnie z „bardzo nieromantyczną koncepcją” w miłości nie jest ważna osoba czy obiekt, ale emocje zakochania, które w nas się pojawiają.

A co jeśli „bardzo nieromantyczna koncepcja” jest prawdziwa?

Zdaję sobie sprawę, że to dość kontrowersyjna teza i użyte przeze mnie argumenty nie będą dla wszystkich (zwłaszcza natchnionych romantyczek i romantyków) wystarczająco przekonujące, by zmienić swoje zdanie na temat miłości. Przyjmijmy jednak chociaż na chwilę, że tak faktycznie jest. Możemy się zakochać w każdym, kto potrafi wywołać w nas odpowiedni zestaw emocji. Z czego ten zestaw się składa? Dla każdego może on się trochę różnić, ale najczęściej będzie zawierał takie komponenty jak: pożądanie, podekscytowanie, omnipotencję (mogę wszystko / wszystko jest możliwe / „all you need is love”), intymność / bliskość, poczucie bezpieczeństwa itd.

Czy w związku z tym, heteroseksualny mężczyzna może się zakochać w innym mężczyźnie? Jak najbardziej. Pod warunkiem, że ten będzie wyglądał, jak atrakcyjna kobieta i w żaden sposób nie da po sobie poznać, kim jest naprawdę. Dokładnie taką historię znajdziemy w filmie [spoiler alert!] M. Butterfly z Jeremy’m Ironsem. Albo reality show „Wszystko o Miriam”.

Czy to dobra czy zła wiadomość, że nie tyle kochamy drugiego człowieka, co emocje, które w nas wywołuje? Ocena zależy od innych naszych przekonań.

Z jednej strony ktoś może w „bardzo nieromantycznej koncepcji miłości” znaleźć usprawiedliwienie do zdrady swojego partnera. Przecież „ja ją/ jego tak naprawdę nie kocham”, „mogę znaleźć sobie kogoś innego, kto we mnie wywoła stan zakochania/miłości”. Jeśli jednak komuś, tak jak mnie, bliskie są chrześcijańskie wartości i gdy już się ożenił / wyszedł za mąż nie dopuszcza możliwości związania się z kimś innym, ta koncepcja może być bardzo pomocna. W jaki sposób?

Popraw, nie porzucaj

Skoro miłość to zestaw emocji, które czujemy pod wpływem pewnej osoby, możemy pośrednio wpływać na to czy i jak mocno kogoś kochamy. Co prawda „serce nie sługa” i nie możemy sobie rozkazać kogoś kochać czy wzmocnić to uczucie. Jesteśmy jednak w stanie stworzyć odpowiednie okoliczności, w których każdą ze składowych miłości poczujemy silniej w towarzystwie bliskiej nam osoby.

Jeśli mężczyzna widuje swoją kobietę w domowych warunkach, w których przeważnie chodzi ona nieuczesana, niepomalowana i w przetartych dresach nic dziwnego, że silniejszym pożądaniem będzie reagował na „obce”, zadbane i wypachnione kobiety.

Jeśli kobieta widzi swojego mężczyznę jak ten drapie się po tyłku, dłubie w nosie czy ściąga śmierdzące skarpetki i rzuca je koło łóżka, nic dziwnego że inni faceci mogą sprawiać wrażenie atrakcyjniejszych.

Jeśli więc mężowie chcą bardziej kochać swoje żony, mogą zasponsorować im wyjście do kosmetyczki czy na szkolenie wizerunkowe, na którym kobiety uczą się dobierać makijaż i ubrania do swojego typu urody. Inna strategia to powiedzenie wprost o swoich potrzebach „bycia mężczyzną”, a więc możliwości decydowania czy wręcz dominowania, przynajmniej w niektórych elementach związku. Facet, który o wszystko musi pytać swoją żonę o pozwolenie, będzie się czuł jak kapeć.

Jeśli kobiety chcą bardziej kochać swoich mężów, niech wprost powiedzą na czym im zależy w sypialni i co sprawia, że czują się wyjątkowe. Drogie Panie, jeśli liczycie na realne efekty, to subtelne aluzje z pewnością ich nie zagwarantują. Jednoznaczne, dobitne sformułowania. Ewentualnie demonstracja w zwolnionym tempie. To powinno zadziałać.

Choć „bardzo nieromantyczna koncepcja” odziera miłość z duchowej warstwy i sprowadza ją do odczuwanych stanów emocjonalnych, uważam że jest ona bardzo optymistyczna. Pozwala bowiem popracować nad związkiem i wywoływaniem określonych uczuć, zamiast stwierdzić, że się niedopasowaliśmy i pora znaleźć kogoś innego. Przenosi odpowiedzialność z losu na ludzi. Bo to od nas zależy, przynajmniej pośrednio, co będziemy czuli względem naszego partnera i jak on się będzie czuł pod wpływem naszych słów i działań.

Dwie twarze rozwoju osobistego

rozwoj-osobisty_1438

Nie tak dawno do Internetu wyciekł film, na którym studenci w ramach ‘warsztatu z rozwoju osobistego’ uderzali się po twarzach na prośbę prowadzącego. Małe zamieszanie wywołał też artykuł ‘Coaching to ściema’. Na facebooku zaś możemy znaleźć fanpage „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty” mający prawie 30 tysięcy lajków. Czy zatem rozwój osobisty w Polsce zmierza w stronę zasłużonego końca? Przekonajmy się.

Dziękuję wydawnictwu MT Biznes za dostarczenie książki Rafała Żaka „Rozwój osobisty. Instrukcja obsługi” do recenzji.

Odloty, patologie, bezmyślność

Niewątpliwie w świecie rozwoju osobistego jest nad czym popracować. I nie mam tutaj na myśli żądnych wiedzy i umiejętności uczestników szkoleń, ale samozwańczych trenerów, coachów i innych cudotwórców. Aby mianować się lekarzem trzeba skończyć długie i trudne studia, odbyć praktykę w szpitalu, a potem często zrobić specjalizację lekarską. Zupełnie inaczej jest w przypadku trenerów i coachów. Każdy może się nim nazwać, postawić stronę z gotowego szablonu na WordPressie, kupić zdjęcia na istocku z uśmiechniętymi ludźmi, sfabrykować opinie od ‘zadowolonych klientów’ i zacząć prowadzić szkolenia czy sesje coachingowe. Pół biedy, jeśli uczestnicy takich zajęć widzą niekompetencje prowadzącego i o tym głośno mówią. Wtedy rynek weryfikuje taki najgorszy sort trenerów ; – )

Znacznie gorzej, jeśli taki nieopierzony trener mówi z pewnością i entuzjazmem, a jego słowa noszą znamiona mądrości. W takiej sytuacji może on znaleźć grono swoich wielbicieli i docierać do coraz większej ilości osób, które pragną coś zmienić w swoim życiu. Podczas szkolenia czują motywację i moc, dzięki charyzmie prowadzącego, jednak gdy wracają do domu, wszystko z nich ulatuje jak z przekłutego balonu. Jakie jest więc rozwiązanie? Pojechać na kolejne szkolenie do tego trenera, co jest taki fajny i świetnie gada!

Niestety większość osób w Polsce zainteresowanych rozwojem osobistym nie ma świadomości, że jeżdżenie do tego samego trenera, na to samo szkolenie więcej niż raz, świadczy o nieskuteczności zarówno szkoleniowca jak i prowadzonych przez niego zajęć. Gdyby szkolenie było naprawdę wartościowe, rozwiązałoby Twoje problemy już za pierwszym razem. A skoro nie pomogło, to naprawdę nie warto znowu się na nie pchać. Robienie częściej niewłaściwych rzeczy nie pomoże.

Inna patologia typowa w pracy z coachem czy psychologiem to przywiązanie klienta do siebie. Znam przypadki osób, które spotykają się z coachem od 1,5 roku i są bardzo z tej współpracy zadowolone. Od coacha dostają wsparcie, akceptację, wyrozumiałość dla swoich błędów. Nawet od czasu do czasu coś mądrego im podpowie albo sami wpadną na rozwiązanie, dzięki jego pytaniom. Co mi przeszkadza w tej sytuacji? Każda relacja rozwojowa lub terapeutyczna (mentora, coacha, psychoterapeuty) powinna być terminowa. Trwa przez jakiś czas, a potem się ją kończy. Dlaczego? Bo klient powinien być w stanie funkcjonować samodzielnie, bez ciągłego wsparcia coacha. Po to właśnie podczas coachingu zwiększa się samoświadomość klienta, pomaga mu uświadomić zasoby, którymi dysponuje, żeby w przyszłości sam potrafił o siebie zatroszczyć. Coach czy terapeuta, który nie potrafi o to zadbać i przeciąć „pępowiny” w odpowiednim momencie jest albo niekompetentny albo egoistyczny i chciwy. Tak czy inaczej warto się trzymać od niego z daleka.

Nie wylewajmy dziecka z kąpielą

Mimo iż przykładów nieskuteczności czy wręcz szkodliwości zajęć rozwojowych jest więcej niż bombek na wrocławskiej choince w rynku, nie znaczy to wcale, że powinniśmy w całości zdelegalizować rozwój osobisty. Na szczęście jest wielu trenerów i coachów, którzy w swojej pracy bazują na czymś więcej niż tylko na własnym doświadczeniu. Zadają sobie trud, by dotrzeć do badań naukowych oraz najlepszych praktykach biznesowych. Wymieniają się doświadczeniami z kolegami i koleżankami po fachu, przechodzą superwizję (czyli nadzór ze strony bardziej doświadczonego trenera / coacha) itd. To wszystko sprawia, że prowadzone przez nich zajęcia dają wymierne rezultaty. Szczególnie widoczne jest to w świecie biznesu, który często jest znacznie bardziej wybredny niż typowy fan rozwoju osobistego. Właściciele firm i menadżerowie przykładają większą wagę do wyboru trenera oraz rozliczają go z efektów. A to sprawia, że na tym rynku są w stanie przetrwać Ci, którzy faktycznie pomagają innym rozwijać ważne umiejętności.

Światełko w tunelu

Jeśli idziesz po ciemku i nie wiesz czy właśnie zmierzasz w stronę rozwojowego szamba czy też świątyni mądrości – jest dla Ciebie nadzieja. Tym światełkiem w tunelu jest książka „Rozwój osobisty. Instrukcja obsługi” napisana przez Rafała Żaka. Rafał jest jednym z tych trenerów, którzy nie poprzestają na powtarzaniu obiegowych mądrości, ale docierają do źródeł – badań naukowych, analiz, twardych danych pokazujących co jest skuteczne, a co tylko sprawia takie pozory.

W swojej książce Rafał często w humorystyczny i ironiczny sposób prezentuje czym jest rozwój i jak najlepiej z niego skorzystać. Świetnie definiuje kluczowe pojęcia, takie jak kompetencje czy style uczenia się. Pokazuje różne możliwości, jakie dostarcza nam świat rozwoju, a wśród nich: szkolenia, trening w miejscu pracy, coaching i mentoring. Doradza też, które z nich warto wybrać w zależności od potrzeb i sytuacji. Rafał nie koloryzuje polskiej rzeczywistości rozwojowej. Niczym Mariusz Max Kolonko mówi jak jest, bezlitośnie pastwiąc się nad głupotami i oszustwami obecnymi na rynku.

Książka „Rozwój osobisty. Instrukcja obsługi” jest przemyślana, logicznie uporządkowana i kompletna. Jest w niej wszystko to, o czym młody adept samorozwoju powinien wiedzieć. Autor prowadzi nas za rękę od ogólnych pojęć i terminów, do szczegółowych rozwiązań, pokazując ich skuteczne i mniej udane wersje. A to zdecydowanie pomoże czytelnikowi w przyszłości podjąć racjonalne decyzję o tym, gdzie i jak się rozwijać. Dodatkowo, żeby nie przytłoczyć czytelników miejscami cięższą tematyką, Rafał przygotował ciekawostki rozwojowe w dwóch cyklach „Okiem szydercy” oraz „Ścinki, skrawki i smaczki”. Mimo iż nie są one najczęściej nośnikami ważnych treści, dodają książce lekkości i pikanterii.

Czy coś bym w tej książce zmienił? Cóż, fragmenty zatytułowane „Teraz Ty” miały pełnić funkcję ćwiczeń. W książce nie ma jednak przewidzianego miejsca na to, by cokolwiek w niej zapisać. Zamiast tego czytamy polecenie „Weź kartkę i ołówek”. Większość czytelników tego typu „poradnikowych” książek ma tendencję do tego, by ominąć ćwiczenia i przejść dalej. Autor nieszczególnie postarał się, aby temu zapobiec. Każde utrudnienie w postaci potrzeby znalezienia czystej kartki dodatkowo zmniejsza prawdopodobieństwo wykonania ćwiczenia przez czytelnika. Nie widziałem też wielu powiązań pomiędzy poszczególnymi ćwiczeniami, tak aby zrobienie ich wszystkich składało się na jakąś większą całość, jak numerki w krzyżówkowych hasłach.

Mimo tego zastrzeżenia gorąco polecam wszystkim zainteresowanym rozwojem osobistym przeczytanie książki Rafała Żaka. Dostarczy Wam odpowiedzi na wiele pytań i pozwoli uniknąć przynajmniej części błędów i pułapek.