Archiwa kategorii: Skuteczne Działanie

Jak osiągać lepsze efekty w tym, co robisz? Jak planować, zarządzać celami, priorytetami i samym sobą? Jak zwiększyć samodyscyplinę, wykształtować w sobie korzystne nawyki i skończyć z odkładaniem spraw na później? Na te i inne pytania odpowiedzą wpisy z tej kategorii.

Efekt Ovsiankiny – nieodkryty sekret efektywności osobistej

Przypomnij sobie, co czujesz, gdy zaznaczasz ważne zadanie jako ukończone. Być może daje Ci to poczucie spełnienia i sprawczości. Pozwala uważać się za skutecznego pracownika czy przedsiębiorcę, który jeśli coś zaplanuje, to później to wykona. Bez względu na to, jakie trudności pojawią się w międzyczasie. A co jeśli Ci powiem, że nie warto wykonywać zadania do końca? 

1. Efekt Zeigarnik

W latach 20. XX wieku dwie rosyjskie psycholożki dokonały ciekawy odkryć związanych z działaniem ludzkiego umysłu. Bluma Zeigarnik1 odkryła, że ludzie znacznie lepiej pamiętają te zadania, których jeszcze nie ukończyli. Przykładowo: kelnerzy potrafią zapamiętać skomplikowane zamówienie od wielu osób jednocześnie. Jednak chwilę po tym, jak postawią talerz przed wygłodniałym klientem, nie potrafią sobie przypomnieć, kto zażyczył sobie jakie danie. Jak to możliwe?

Kelner koncentruje się na danej informacji tak długo, jak mu jest potrzebna. Powtarza ją sobie w myślach, zajmując nią swoją pamięć operacyjną. Gdy jednak zamówienie jest zrealizowane, kelner zwalnia swoja pamięć krótkoterminową na przyjęcie kolejnego zamówienia.

1. Zeigarnik, B. (1927). Das Behalten erledigter und unerledigter Handlungen. Psychologische Forschung, 9, 1-85.

2. Efekt Ovsiankiny

Koleżanka Blumy, Maria Ovsiankina, również zajęła się problematyką ukończonych oraz nieukończonych zadań. Ją jednak bardziej niż procesy pamięciowe zainteresowała tematyka motywacji. Badała2 jak brak ukończenia zadania może wpływać na chęć, by nad nim popracować. Okazało się, że większość ludzi odczuwa wyraźną potrzebę, by dokończyć rozpoczęte zadanie lub przynajmniej doprowadzić je do pewnego zamkniętego etapu. Inaczej mówiąc: jeśli mamy w planach wykonanie 2 zadań, z czego jednego jeszcze nie ruszyliśmy, a drugie jest już częściowo zrobione – zdecydowanie silniej będzie nas ciągnęło do zajęcia się tym drugim.

Wnioski te można wykorzystać w ciekawy sposób do zwiększenia swojej produktywności.

2. Ovsiankina, Maria (1928). Die Wiederaufnahme unterbrochener Handlungen. Psychologische Forschung. pp. 302–379

3. Nadgryzanie ważnych zadań

Mając świadomość istnienia efektu Ovsiankiny warto zrobić z niego właściwy użytek. Gdy tylko pojawi się nowe ważne zadanie, które sam wymyśliłeś lub zlecił Ci je szef albo kluczowy klient, dobrą strategię będzie jego nadgryzienie, czyli rozpoczęcie pracy nad nim.

Przykładowo: jeśli masz stworzyć raport (ofertę) możesz otworzyć plik w Wordzie i zacząć notować, jakie informacje powinny się w nim znaleźć. Pomocne może okazać się stworzenie szkieletu raportu czy oferty w punktach lub napisanie kilka zdań wprowadzenia. Nie ma aż tak dużego znaczenia, co konkretnie przygotujesz. Najważniejsze jest to, żeby Twój umysł potraktował to zadanie jako rozpoczęte. Dzięki temu będzie Cię korciło, żeby do niego wrócić.

Dobrą analogią jest dla mnie jedzenie jabłka. W nienaruszonej postaci może leżeć w mojej kuchni przez wiele dni. Jednak gdy je nadgryzę, mam potrzebę, żeby zjeść je już do końca. Możesz wykorzystać ten efekt, by zwiększyć swoją motywację do wykonywania ważnych zadań.

4. Właściwy moment na przerwę

Kiedy większość osób robi przerwę w pracy? W momencie gdy doprowadzi dane zadanie do końca. Wtedy z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku, może udać się na lunch. Z pewnością jest to przyjemne uczucie, jednak niezbyt służy naszej efektywności. W takiej sytuacji pokusa, by przerwa potrwała nieco dłużej niż powinna może być nie do odparcia. W końcu nie ma się do czego spieszyć.

A tymczasem, jako świeżo upieczeni znawcy efektu Ovsiankiny, powinniśmy tuż po wykonaniu zadania, zająć się kolejnym. Zacząć je. Nadgryźć jabłko. Dzięki temu zamiast przedłużać przerwę, prędzej ją dodatkowo skrócimy, ze względu na potrzebę domknięcia rozpoczętego zadania.

5. Wzmacnianie efektu Ovsiankiny

Oczywiście potrzeba domknięcia ma różną siłę u każdej osoby. Aby wzmocnić efekt Ovsiankiny możemy posłużyć się dodatkowym bodźcem w postaci wyzwalacza. Świetnie sprawdza się w tym celu „Autostart” w Windowsie. Wystarczy utworzyć skrót do pliku, nad którym obecnie pracujemy, w folderze Autostart. Dzięki temu po zalogowaniu się do systemu automatycznie się on otworzy i podpowie nam, że teraz mamy się nim zająć. W ten sposób potrzeba ukończenia zadania rozgrzeje się do czerwoności, jak rozebrany turysta, który zasnął na plaży w samo południe.

6. Podsumowanie

Zadania na liście TO-DO wyglądają bardzo podobnie. Na pierwszy rzut oka niczym się nie różnią. Jednak jak pokazały badania Marii Ovsiankiny, dużo łatwiej będzie nam zabrać się za wykonanie zadania, które jest rozpoczęte niż tego, którego w ogóle nie ruszyliśmy. Dlatego warto:

1) nadgryzać ważne zadania

2)  udawać się na przerwę we właściwym momencie oraz

3) wzmacniać ten efekt wyzwalaczem, np. z wykorzystaniem Autostartu.

Skorzystaj z tych prostych tricków, a przekonasz się o ile łatwiej będzie doprowadzać ważne zadania do końca.

Czego serdecznie Ci życzę.

podpis popraw 2

A właśnie, że nie możesz wszystkiego!

adult-1260380_1280

„Jesteś kowalem swojego losu”, „the sky is the limit”, „możesz wszystko, jeśli tylko w to uwierzysz”. To przesłanie większości mów motywacyjnych i co najmniej połowy poradników z rozwoju osobistego. Hasła te brzmią wspaniale i wydają się optymistyczne, tymczasem dla większości ludzi częściej są źródłem nieszczęść niż wyzwolenia. Jak to możliwe?

Fizyczne ograniczenia

Wbrew temu, co mówi wielu guru motywacyjnych, wcale nie jest tak, że „jedyne ograniczenia to te, które sam sobie narzucasz”. Boleśnie przekonało się o tym niejedno dziecko, robiąc pelerynę supermena z pościeli i wyskakując z okna z pierwszego piętra. Ograniczenia istnieją i nie ważne jak silnie w coś wierzysz – grawitacji nie oszukasz.

Granice tego, co możesz osiągnąć, bynajmniej nie kończą się na umiejętnościach superbohaterów. Choćbym pragnął tego jak gimnazjalistka Justina Biebera i pracował wytrwalej niż największy „tyracz w korpo”, to mając 30-tkę na karku i bardzo przeciętne umiejętności sportowe, nigdy nie będę grał w piłkę nożną tak dobrze jak Robert Lewandowski ani w tenisa jak Jerzy Janowicz. Choćbym zjadł i tysiąc ‘stejków’ i wypił beczkę shake’ów proteinowych nie będę wyglądał jak Hardkorowy Koksu. Nie tylko teraz, za miesiąc czy za rok. Nigdy w życiu mi się to nie uda.

Intelektualne ograniczenia

Nasze ograniczenia nie są związane tylko z ciałem. Nigdy nie staniemy się kolejnym Albertem Einsteinem, choćbyśmy rozwiązali wszystkie krzyżówki panoramiczne i to bez ‘ścieśniania’. Inteligencji poznawczej nie da się po prostu wytrenować.

Biznesowe ograniczenia

Być może słyszałeś kiedyś, że od bycia milionerem dzieli Cię tylko jeden dobry pomysł. Wystarczy, że na niego wpadniesz, a zarobisz miliardy. Smutna rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Sam pomysł nie pozwoli Ci zostać nowym Billem Gatesem czy Stevem Jobsem, nawet jeśli dodatkowo jesteś posiadaczem garażu. To w końcu najlepsze miejsce do rozkręcania nowych biznesów ; – ). Sam pomysł często nie jest wiele warty, jeśli nie masz odpowiednich zasobów, by stworzyć produkt, poinformować ludzi o jego istnieniu i skutecznie zachęcić ich do kupna. Badanie przeprowadzone w 2015 roku przez Banfi Group pokazało, że tylko 6 procent polskich firm, założonych w ciągu ostatnich 10 lat przetrwało do dziś. A ile z nich uczyniło ich właścicieli miliarderami, jak twórców Microsoft czy Apple? Według mojej wiedzy – żadna. Szansa na to, byś stał się miliarderem istnieje, podobnie jak masz szansę na wygraną w lotto. Jedną na 14 milionów. Co prawda masz 20-krotnie większą szansę (1 / 775 000) na to, że trafi Cię piorun, ale kto by się tym przejmował? Przecież te złe rzeczy mogą się przydarzyć tylko innym, ale wygrana w loterii na pewno jest w Twoimzasięgu. To że istnieje na coś szansa, nie jest jeszcze wystarczającym argumentem za tym, by to zrobić. Mam ‘szansę’ żeby zostać Miss Polski – jeśli zmienię płeć, zrobię 50 operacji plastycznych, nauczę się chodzić na szpilkach i przekupię sędziów. Jednak nie jest to najlepszy sposób na wykorzystanie moich talentów i zasobów.

„Możesz wszystko” = kupisz więcej

Niestety, naiwne myślenie unieszczęśliwia wielu ludzi. Zamiast wyznaczyć cel na miarę swoich aktualnych możliwości i podnosić poprzeczkę wraz z kolejnymi sukcesami, chcemy za dużo i za szybko. Jak myślisz, czemu tyle osób dookoła przekonuje Cię, że „możesz wszystko”? Bo mają dobre serca i w Ciebie wierzą (mimo, że nawet nie wiedzą o Twoim istnieniu? Czy może dlatego, że chcą na Tobie zarobić?

Firmy wmawiają nam, że możemy (czy wręcz musimy) być doskonali, tylko po to, by wyciągnąć od nas jak najwięcej pieniędzy. „Bez dwumetrowego penisa, którym można wyważać bramy zamku, nigdy nie będziesz świetnym kochankiem. Kup więc nasz zestaw do rozciągania”. „Bez powtarzania tego zestawu afirmacji zawsze będziesz myślał ‘jak biedny człowiek’. Kup afirmację w wersji audio”. Ok. Może moje przykłady były trochę przesadzone. Ale miejmy świadomość, że wszystkie te zalecenia guru nie służą pomnażaniu naszego dobrobytu tylko ICH majątku. Nam szkodzą. I to nie tylko dlatego, że marnujemy cenne zasoby finansowe i jeszcze bardziej wartościowe godziny naszego życia. Gdy mimo stosowania się do tych złotych rad nie udaje nam się osiągnąć tego, co nam obiecano, kogo obwiniamy? Siebie. „Nie starałem się wystarczająco mocno”. Albo „jestem za głupi, za brzydka, za mało wierzę. Ale pójdę jeszcze na kolejne, droższe szkolenie i wszystko się zmieni”.

To wyjątkowo perfidny trick – wiele obiecywać, a gdy ludzie nie mają rezultatów, na które liczyli, wmówić im, że to ich wina.

Znajomość ograniczeń pomaga

Sam jestem niepoprawnym optymistą. Wydaje mi się, że wszystko się uda. Nawet gdy pracuję jednocześnie nad 5 projektami i już brakuje mi na nie zasobów, to jak na horyzoncie pojawi się szósty obiecujący pomysł, moja instynktowna reakcja to: „Zróbmy to! Już teraz! Jakoś damy radę”. Wiedząc o tej tendencji, udało mi się znaleźć Żonę : – ) mentorów i partnerów biznesowych, którzy mają nieco bardziej rozsądne podejście. Powstrzymują mnie przed angażowaniem się w kolejny projekt, gdy poprzednie nie są ukończone.

Wyobraź sobie, że wykonujesz trening siłowy sam w domu. Konkretnie leżysz na ławeczce i wyciskasz sztangę. Jeśli nie znasz swoich ograniczeń, trening najprawdopodobniej będzie albo bezwartościowy albo skończy się tragicznie. Jeśli dasz na sztangę zbyt mały ciężar – podniesiesz ją bez wysiłku i w efekcie Twoje mięśnie się nie wzmocnią. Jeśli jednak nałożysz za dużo kilogramów, to np. podczas końcówki drugiej serii możesz nie dać rady podnieść sztangi – nie tylko nad głowę. Ale nawet tak, żeby ją odłożyć. Sztanga z każdą chwilą zacznie Cię mocniej przygniatać. Wtedy wystarczająco boleśnie przekonasz się, że jednak nie możesz wszystkiego. I nawet wysłuchanie wszystkich audiobooków Tony’ego Robbinsa Ci w tym nie pomoże.

sztanga

Złoty środek

Nie, nie możemy wszystkiego. Wielu rzeczy nie możemy teraz, a duża część z nich będzie poza naszym zasięgiem do końca naszego życia. O sukcesie często decyduje los, przypadek, szczęście. Wiele z naszych zwycięstw nie jest (do końca) naszą zasługą i wiele naszych porażek nie jest naszą winą. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy rozłożyć ręce i bezczynnie czekać na zasiłek z MOPSu. Nadal dużo pozostaje w naszej mocy. Warto nie poprzestawać na przeciętności. Dążyć do bycia lepszym człowiekiem, każdego dnia. Jednocześnie stawiając sobie ambitne, ale realne cele. Bo tylko takie w dłuższej perspektywie będą dla nas motywujące. Zbyt ambitne cele rozczarowują i zniechęcają do działania. Za mało ambitne cele sprawiają, że w ogóle nie startujemy. Tak jak w przykładzie ze sztangą, warto znać swoje ograniczenia. A jeśli jeszcze ich nie poznałeś / łaś, dokładaj stopniowo kolejne ciężarki. Małymi partiami. Aż dojdziesz do swojego aktualnego progu wydolności.

Przesłanie

Nasze życie faktycznie może być lepsze. Jednak nie dzięki cudownym wynalazkom, sekretnym zaklęciom czy spotkaniom z guru – lecz dzięki temu, że znasz swoje ograniczenia i każdego dnia wykonujesz realną pracę, by stać się lepszym człowiekiem.

Jim Rohn powiedział: „Zazwyczaj przeceniamy to, co możemy zrobić w ciągu roku, a nie doceniamy tego, co możemy osiągnąć w ciągu 10 lat”. Daj sobie czas. Nie musisz w ciągu 12 najbliższych miesięcy znaleźć żony / męża, począć dziecka, schudnąć 10 kg i awansować w pracy. Masz na to znacznie więcej czasu. Lecz żeby to się realnie wydarzyło – zacznij już dzisiaj. Gdy skończysz czytać ten artykuł, zrób jedną dobrą rzecz. Wyślij bliskiej osobie miłego smsa. Zjedz jabłko. Wyjdź na spacer. Obejrzyj wartościowe video. Działaj. Małymi krokami możesz wdrapać się na niejeden szczyt.

Czego Ci serdecznie życzę

podpis popraw 2

Prawdziwa zmiana zaczyna się dzisiaj

Call

Większość ludzi, gdy już odkryje, czego pragnie, mierzy siły na zamiary. Stawia sobie ambitne cele, licząc na to, że gdzieś po drodze znajdzie motywację i sposób na ich osiągnięcie. Jeśli i Ty zaliczasz się do tej grupy z pewnością zainteresuje Cię alternatywne podejście, w wielu przypadkach znacznie skuteczniejsze.

Podejście „Z góry na dół”

Popularnym pomysłem na realizację celów i planowanie jest patrzenie na sytuację z lotu ptaka. Określamy w nim cel i sytuację początkową, a następnie dzielimy całą podróż na etapy. Najbardziej wyrazistym przykładem podejścia „Z gór na dół” jest tzw. Strategia Vonneguta. Przyjmujemy w niej datę osiągnięcia celu, a następnie cofamy się o pewne jednostki czasu. Np. jeśli 1 stycznia 2020 mam mieć 1 mln zł na koncie, to co powinno się wydarzyć do 1 stycznia 2019 roku? A co do 1 stycznia 2018 roku, itd.

Brzmi ona bardzo sensownie i pozwala świetnie rozplanować swoje cele. Szkoda tylko, że bardzo rzadko się sprawdza. Zazwyczaj życie pokazuje, że w poniekąd logicznym planie nie uwzględniliśmy wielu zmiennych, które uniemożliwiają jego realizację. W międzyczasie zamiast okładać coraz więcej pieniędzy, potrzebowaliśmy je wydać na nowy samochód (bo stary się niespodziewanie i dokumentnie zepsuł) czy zabiegi medyczne (bo mimo obchodzenia kolejnej ’18-tej’ rocznicy urodzin zdrowie przestało być już tak dobre jak kiedyś). I oszczędności zamiast rosnąć przez pierwsze 12 miesięcy, stopniały.

Po roku przyglądamy się krytycznie naszemu planowi mrużąc oczy i marszcząc czoło. Widzimy, że nie działa, więc machamy na niego ręką, a cel, które wcześniej jasno świecił na horyzoncie, dziś ledwo się tli i powoli gaśnie.

Na szczęście nie musimy raz za razem powtarzać tego smutnego scenariusza. Istnieje sensowna alternatywa.

Podejście „Z dołu do góry”

Amerykański prezydent, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Theodore Roosevelt, powiedział kiedyś:

Rób to, co możesz, tym, co posiadasz, i tam, gdzie jesteś.

Świetnie oddaje ono esencję podejścia „Z dołu do góry”. Zamiast nadmiernie koncentrować się na kolejnych etapach realizacji celu, zwłaszcza długoterminowego, główny nacisk położony jest na to, co można zrobić tu i teraz. Dzięki temu dużo trafniej możemy ocenić, jakie działania są realistyczne, a jakie pozostają domeną fantazji.

Góra, dół i nauka hiszpańskiego

Wyobraź sobie, że chcesz się nauczyć hiszpańskiego. Zdaję sobie sprawę, że do mówienia w obcym nie wystarczy sama znajomość słownictwa, ale posłużmy się takim uproszczeniem. Dodatkowo załóżmy, że gdy poznamy 1 000 hiszpańskich las palabras (czyli wyrazów), będziemy w stanie zamówić drinka, poprosić panią do flamenco czy kupić bilet na corridę.

Przyjmując podejście „Z góry na dół”, możemy założyć, że ten cel łatwo osiągniemy w 100 dni. Wystarczy czy każdego dnia nauczymy się 10 nowych słówek. Dodatkowo trochę czasu poświęcimy na utrwalanie.

Dzisiaj jest 11 września, za 100 dni będzie 20 grudnia. Fantastycznie! Na Boże Narodzenie będę mógł pojechać do Hiszpanii i porozmawiać o tradycjach świątecznych.

Tak jak wspominałem wcześniej, takie założenia wyglądają sensownie, do momentu kiedy życie ich nie zweryfikuje. Zacznijmy od dostępnego czasu.

Zazwyczaj myślimy, że chociaż dzisiaj i jutro nie mamy czasu na naukę słówek, to pojutrze (a już na pewno za tydzień!) on się znajdzie. Praktyka jednak pokazuje, że o ile nie zwolnią nas z pracy albo nie kończymy właśnie remontu mieszkania, to za tydzień będziemy równie zajęci, co dzisiaj.

Prawdziwa zmiana zaczyna się dzisiaj

Jeśli chcesz rozwinąć nową umiejętność, popracować nad swoim zdrowiem, relacjami czy wynikami w pracy nie odkładaj tego na przyszły miesiąc, tydzień czy nawet dzień. Zacznij już dzisiaj, BEZ WZGLĘDU NA TO jak dużo masz zaplanowanych zadań. Nawet gdy zdecydujesz się na naukę hiszpańskiego o 23:58 i tak zdążysz nauczyć się że piłka to po hiszpańsku bola, posłuchać fragmentu La Tortura Shakiry czy znaleźć stronę internetową ze słówkami.

Najważniejsze jest żeby zacząć, wykonać pierwszy krok, nieważne jak mały.

Chcesz się zacząć zdrowo odżywiać? Zjedz jeszcze dzisiaj jabłko.

Chcesz zacząć oszczędzać? Wyciągnij z portfela i odłóż 1 zł.

Chcesz mieć jeszcze lepsze relacje z bliską Ci osobą? Wyślij do niej miłego smsa.

Wszystkie te rzeczy możesz zrobić nawet mając ekstremalnie zajęty dzień.

Małymi krokami dalej zajdziesz

W następnych dniach podnoś delikatnie poprzeczkę (sam najczęściej robię to, co 5 dni). Oprócz owocu, zjedz jeszcze warzywo. Odłóż 2 zł, zapisz na karteczce miłe słowa dla swojego partnera czy współlokatora.

W przykładzie z hiszpańskim – zaczęlibyśmy od nauki 1 słowa dziennie. Potem 2 wyrazów, 3 i 4. Po drodze okazałoby się, ile tak realnie możemy dzień w dzień poświęcić czasu na naukę. Bardzo możliwe, że okazałoby się, że nauczenie się 10 nowych słów przez kilka dni to żaden problem – zwłaszcza na początku, gdy motywacja jest wysoka. Jednak z czasem stawałoby się to coraz trudniejsze, aż mogłoby prowadzić do zarzucenia celu.

Tymczasem jeśli idziemy „od dołu do góry”, możemy odkryć naturalną granicę, którą możemy w miarę łatwo utrzymać. Np. 5 słówek. Możemy każdego dnia uczyć się 3 nowych słówek, a 2 stare utrwalić. W ten sposób osiągniemy swój cel w postaci 1000 słówek nie po 100 dniach, ale po 334, czyli po roku. Będzie to co prawda trwało 3 razy dłużej, ale szansa że nam się to uda, jest znacznie większa. Pomyśl, że w 1 rok jesteś w stanie nauczyć się dobrze komunikować w dowolnym obcym języku, poświęcając na to tylko 5 minut każdego dnia. Wystarczy, że zaczniesz DZISIAJ.

Automatyzacja zachowań

Swoją szansę na sukces możesz mocno zwiększyć, jeśli wprowadzisz pewną regularność do tej nauki. Zamiast uczyć się tych 5 słówek raz rano, raz po obiedzie, a raz wieczorem – lepiej będzie znaleźć na to stałą porę dnia albo sekwencję (np. PO TYM JAK zjem obiad). Dzięki temu zautomatyzujesz to zachowanie, czyli przekształcisz je w nawyk. O którym nie trzeba będzie pamiętać, zmuszać się do niego. Będziesz wykonywać go odruchowo, tak jak sięgasz rano po szczoteczkę do zębów.

O nawykach możesz przeczytać więcej na moim drugim blogu, lub w książce, którą wydałem. Zachęcam też do skorzystania z gry planszowej Kraina Nawyków, która działa w pełni zgodnie z założeniami opisanymi w tym artykule.

Podsumowanie

Podejście „Z góry na dół” na swoje plusy. Nieźle sprawdza się w biznesie, gdzie nie można założyć, że jakoś i kiedyś osiągniemy cel. Tam potrzebna jest konkretna data i intensywne działania. Gdy jednak pracujesz nad osobistymi celami, zwłaszcza takimi, za które już kilka razy się zabierałeś i niewiele z tego wychodziło – gorąco polecam Ci podejście „Z dołu do góry”. Rekomendują je zarówno praktycy zarządzania (np. David Allen, twórca Getting Things Done) oraz naukowcy (m.in. BJ Fogg – stanfordzki profesor, od 20 lat badający, dlaczego ludzie się zachowują w określony sposób).

1. Wyznacz cel, który chcesz osiągnąć.

2. Zrób jeszcze dzisiaj cokolwiek, co przybliży Cię do jego osiągnięcia.

3. Stopniowo podnoś poprzeczkę tak, by dalej bez problemu dało się wykonać działanie każdego dnia.

4. Zautomatyzuj zachowanie, przekształcając je w nawyk.

A osiągniesz swój cel szybciej niż myślisz.

Czego Ci serdecznie życzę.

podpis popraw 2

Dlaczego to, co ma gwarantować dobrobyt, w rzeczywistości Cię unieszczęśliwia

Santas sledge and presents

Wszyscy żyjemy w kłamstwie. Współczesna ideologia Zachodu wmawia nam, że duża liczba dostępnych wyborów i możliwość samodzielnego decydowania o wszystkim zagwarantuje nam wolność i szczęście. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Mnogość wyborów to niezastąpiona recepta na życie pełne żalu, poczucia winy i rozczarowania. Jak to możliwe?

„Każdy kolejny dzień jest początkiem nowego życia”, „Stwórz siebie”, „The sky is the limit”. Te i wiele innych hasełek motywacyjnych zachęca Cię do dokonywania zmian w swoim życiu. Codziennego decydowania o tym, kim chcesz się stać. Brzmi to całkiem przyjemnie, prawda? Łatwo można pomyśleć: „Nie jestem skazany, na obecne życie, które nie do końca mi odpowiada. Mogę wszystko!” Problem polega jednak na tym, że wcale nie możesz wszystkiego. Im prędzej to sobie uzmysłowisz, tym szybciej uda Ci się osiągnąć te rzeczy, które faktycznie są w Twoim zasięgu.

Zacznijmy jednak od kwestii podstawowych. Od dzieciństwa wszyscy nam sugerują, że duża liczba dostępnych opcji gwarantuje nam dokonanie dobrego wyboru i lepsze życie. Powinniśmy zatem robić wszystko, by zwiększyć możliwość wybierania. To przekonanie tak mocno tkwi w mentalności ludzi Zachodu, że prawie nikomu nie przyszło do głowy, by je zakwestionować. Na szczęście amerykański psycholog Barry Schwartz, podjął się tego wyzwania. Pokazuje on, w niezwykle przekonujący sposób, podpierając się badaniami naukowymi i historiami z własnego życia, że dodawanie sobie kolejnych możliwości, to najczęściej strzał w stopę. Bolesny i powodujący długotrwałe kalectwo emocjonalne.

Jeśli tak jak ja, kupowałeś niedawno telewizor, to wiesz, o czym piszę. Ilość dostępnych egzemplarzy jest wręcz zatrważająca. Możesz wybrać producenta, przekątną, częstotliwość odświeżania, ilość portów i złączy, rodzaj dekodera i dziesiątki innych parametrów. Czy te wszystkie możliwości były źródłem szczęścia dla mnie i Żony? Nie! Były przyczyną poważnego bólu głowy, odwleczenia decyzji o zakupie o trzy miesiące i straty kilku godzin życia na dokonywanie analiz porównawczych.

W naszym mieszkaniu znajduje się teraz najlepszy telewizor, jaki kiedykolwiek mieliśmy. Lecz w tyle głowy do tej pory kołaczą mi się myśli typu: „Może jednak należało wziąć ten model z 3D” albo „trzeba było dołożyć te trzy stówki do lepszej jakości obrazu”.

To są właśnie koszty alternatyw. Porównujemy swój wybór z atrakcyjnymi cechami opcji, z których zrezygnowaliśmy i mamy wątpliwości czy podjęliśmy dobrą decyzję. Gdy wracałem ze Stanów Zjednoczonych, postanowiłem w sklepie wolnocłowym kupić porządne perfumy. Po wstępnej selekcji wybrałem 3 zapachy, które bardzo mi się podobały. Zastanawiałem się nad tym, które wziąć tak długo, że prawie spóźniłem się na swój lot. A co robiłem, siedząc już w samolocie? Zadręczałem się myślami, że może jednak należało wybrać jeden z dwóch pozostałych flakonów. Przecież miały taki piękny zapach…

Im więcej mamy wyborów, tym z większej liczby atrakcyjnych możliwości rezygnujemy. Każda z nich złośliwie woła do nas: ”a mogłeś mieć mnie. Ale się sfrajerzyłeś”. Szybko przestajemy widzieć korzyści produktu, który wybraliśmy. Dostrzegamy tylko jego mankamenty i to, z jakich wspaniałości zrezygnowaliśmy.

Mnogość wyborów prowadzi do:

1. Paraliżu decyzyjnego

Przez pierwszy rok od założenia polisy inwestycyjnej w ogóle nie zmieniałem w niej funduszy. Bynajmniej nie dlatego, że było mi obojętne, co się dzieje z moimi pieniędzmi. Po prostu możliwości zakupu innych funduszy było tak wiele, że nie potrafiłem się na nic zdecydować. Z tego powodu zamiast sensownego zarobku, ponosiłem straty.

2. Przerostu oczekiwań

Gdy mając kilkanaście lat oglądałem „hit na sobotę”, nie miałem wobec filmu żadnych szczególnych oczekiwań. Cieszyłem się, że mogę cokolwiek obejrzeć. Teraz, gdy wybieram z dziesiątków tysięcy pozycji dostępnych w internecie, chcę znaleźć perfekcyjny film. I regularnie się rozczarowuję. Bo żaden z nich nie jest idealny, choć każdy o kilka klas wyprzedza „sobotni hit” z dzieciństwa. Przez moje niezwykle wygórowane oczekiwania nawet produkcje zdobywające kilkanaście oskarowych statuetek, mogą być co najwyżej tak dobre, jak sądziłem. Przyjemne zaskoczenie stało się niemal niemożliwe.

3. Obwiniania siebie

Gdy moi Rodzice kupowali mi ubrania w dzieciństwie, byli zadowoleni, że udało im się znaleźć w sklepie coś, co mniej więcej odpowiadało mojemu rozmiarowi. Choć ciuszki nie zawsze pasowały, dokonywali najlepszego możliwego wyboru i byli z niego zadowoleni. Gdy ja udaje się na zakupy po nową parę butów mogę przebierać w dziesiątkach modeli, jeśli nie setkach. Jeśli na koniec kupię niewygodne lub mało estetyczne buty, jest tylko jedna osoba, którą mogę za to winić. Jestem nią ja. Przy tak wielu możliwościach, to ja jestem odpowiedzialny za porażkę.

Dokładnie tak samo jest z rzeczami znacznie ważniejszymi niż robienie zakupów. Jeśli „mogę stworzyć siebie”, a jednak mi się to nie udaję i każdego dnia wychodzę z łóżka będąc sobą, a nie swoją lepszą wersją, to kto jest za to odpowiedzialny? Ja! Mnie się nie udało. Przypisujemy porażkę sobie, mimo że zewnętrzne czynniki mają na nią często znacznie większy wpływ. Przez przerost oczekiwań, mam nadzieję, że ta wielka transformacja dotycząca mojej wagi czy stanu mojego konta nastąpi już następnego dnia. A gdy tak się nie dzieję, oprócz poczucia winy, pojawia się też żal i rozczarowanie.

Wbrew sloganowymi jednego z bardziej popularnych trenerów/showmenów w Polsce, nie jesteśmy w stanie „stworzyć siebie”. Z dnia na dzień nie zmienimy tego, kim jesteśmy. Skuteczna zmiana zachowania, a w efekcie i naszego życia, nie jest wynikiem jednorazowych zrywów, nakręcenia motywacyjnego czy oceanu możliwości. Wręcz odwrotnie. Zmiana następuje wtedy, gdy świadomie zrezygnujemy z tych wszystkich opcji i skoncentrujemy się na konkretnych celach.

Pracując nad swoją samokontrolą, nawykami i wykonując każdego dnia drobną prace, znacznie szybciej i skuteczniej osiągniemy to, czego pragniemy. Nie dzięki niezliczonej liczbie wyborów. Dzięki konsekwentnemu ignorowaniu tych wyborów i trzymaniu się swoich zasad oraz wartości.

Czego Ci serdecznie życzę

podpis popraw 2

ps. Jeśli ten temat szczególnie Cię zainteresował, zachęcam Cię do przeczytania książki Barry’ego Schwartza Paradoks wyboru, która była inspiracją do powstania tego wpisu.

3 powody głupiego postępowania

rozpacz

Albert Einstein powiedział kiedyś: „Tyl­ko dwie rzeczy są nies­kończo­ne: wszechświat i ludzka głupo­ta. Choć tego pierwszego nie jes­tem pewien”. Skąd bierze się ten bezmiar głupoty w ludziach? Czy da się wyedukować ludzi z niemądrego postępowania?

Jeszcze kilka lat temu odpowiedziałbym na tytułowe pytanie tak: Ludzie postępują głupio … bo są głupi. Mają niskie IQ, nie potrafią kojarzyć faktów.  Nie ma dla nich nadziei i najlepiej takich osobników unikać.

1. brak wiedzy

Na szczęście w międzyczasie zdobyłem wiedzę, która wyleczyła mnie z tego niezdrowego przekonania. Teraz jestem skłonny twierdzić, że najczęściej ludzie podejmują najlepsze możliwe decyzje. Problem polega jednak na tym, że często nie wiedzą, że mogą wybrać coś innego, obiektywnie dla nich korzystniejszego. Nawet samobójcy decydują się na rozwiązanie, które w ich przekonaniu jest dla nich najlepsze. Po prostu nie widzą (w danym momencie) innego wyjścia lub żadna z pozostałych opcji nie wygląda dla nich na sensowniejszą.

Czemu ludzie nie odczuwają potrzeby zdobywania wiedzy? Doskonale wyjaśniają to prace Justina Kruggera i Davida Dunniga*, którzy za swoje odkrycia otrzymali nagrodę Ig Nobla w 2000 roku w dziedzinie psychologii.

Większość osób, która zdobyła podstawową wiedzę w danym temacie, jest przekonana, że wie już wszystko o tym zagadnieniu:

efekt Krugera-Dunninga

Wraz ze wzrostem wiedzy, dość szybka spada pewność siebie i sądów wygłaszanych w danym temacie. Dlaczego tak się dzieje? Bo gdy ludzie przestają się zadowalać kilkoma ogólnymi zasadami i dostrzegają całą złożoność dyscypliny wiedzy, dopiero wtedy, śladem Sokratesa, widzą, ile jeszcze nie wiedzą.

Oczywiście do pewnego momentu. Później, pod wpływem porównywania posiadanych informacji z innymi i dzięki szacunkowi środowiska, w którym dany człowiek się obraca, stopniowo zwiększa się pewność siebie. Jednak nawet światowy ekspert w danym temacie nie będzie w połowie tak przekonany o swojej nieomylności, jak osoba, które poczyniła pierwsze kroki w określonej dziedzinie.

Głupota może wynikać z braku wiedzy, ale jeszcze gorsza jest niechęć jej zdobycia. Wiedzy, nie głupoty ; – )

Ktoś np. może obejrzeć kilka filmów akcji i stwierdzić, że wie już wystarczająco dużo, by szybko ‚zarobić’ dużo pieniędzy.

Całkiem niedawno (marzec 2015) oglądałem w wiadomościach, sprawozdanie z akcji, w której były prokurator (sic!), próbował obrabować bank i udał się do oddziału … bezgotówkowego. Gdy panie w kasie powiedziały mu, że nie mają żadnych pieniędzy, z wrażenia wypadła mu z rąk broń i spadła na ziemię. Gdy klienci banku zobaczyli, jak plastikowa atrapa roztrzaskuje się na cztery kawałki, szybko obezwładnili delikwenta. Niekompetentnemu bandycie, nie udało się nawet wyjść z banku.

To jeszcze nic! W 1995 roku świat obiegła historia McArthura Wheelera, który obrabował dwa banki. Wcześniej przezornie skropił swoją twarz sokiem z cytryny. Był bowiem przekonany, że skoro sok z cytryny jest wykorzystywany do produkcji ‘niewidzialnego atramentu’, to z pewnością powstrzyma on też kamery przez zarejestrowaniem jego twarzy. Gdy godzinę później został schwytany przez policje, był całkowicie zaskoczony. Krzyczał: „Na pewno mnie nie widzieliście! Byłem przecież oblany sokiem z cytryny”. Wbrew pozorom, nie cierpiał on na żadną chorobę psychiczną. Po prostu przeczytał gdzieś o cudownych właściwościach soku z cytryny i bez dalszej analizy zaczął działać.

Właśnie to zdarzenie było powodem dla którego Justin Krugger i David Dunnig rozpoczęli swoje prace, których rezultatem było odkrycie efektu Kruggera-Dunniga:

osoby niewykwalifikowane w jakiejś dziedzinie życia mają tendencję do przeceniania swoich umiejętności w tej dziedzinie, podczas gdy osoby wysoko wykwalifikowane mają tendencję do zaniżania oceny swoich umiejętności.

Jeśli więc złapiesz się na myśli: „ja już wiem wystarczająco dużo”, „ja już przeszedłem tyle szkoleń i przeczytałem tyle książek, że więcej nie potrzebuję”, „ja mam ekspercką wiedzę w tym temacie” – przypomnij sobie powyższy wykres. Popatrz, jaką wiedzę mają osoby z najwyższą pewnością siebie. Być może zachęci Cię to do dalszego studiowania tematu.

2. brak weryfikowania informacji

Głupie zachowania mogą być wynikiem braku wiedzy i uzupełniania jej własnymi domysłami, ale równie często ich przyczyną jest posiadanie nieprawdziwych informacji. W Stanach Zjednoczonych istnieją ‘uniwersytety’ ufologii. Ludzie ‘studiują’ ślady obecności kosmitów na Ziemi. Skoro uczelnie mają swojego rektora, studenci zdają egzaminy, to łatwo dojść do wniosku, że ufologia jest poważną dyscypliną naukową, a słowom ‚profesora’ ufologii należy wierzyć. W rzeczywistości jednak wszystkie te instytucje nie mają nic wspólnego z prawdziwą empiryczną nauką. Mimo dobrze wyglądających pozorów, ufologia od psychologii różni się jak rum od rumaka. Pierwsze nas wprowadza w stan odurzenia i chwilowej euforii (odkrywamy przecież wiedzę tajemną, ukrywaną przez rząd), lecz później kończy się mocnym bólem głowy (kiedy okazuje się, że wszystko to jest warte tyle, co pusta butelka). Drugie może nas gdzieś faktycznie zaprowadzić czy wręcz dowieźć.

Zanim więc zaczniesz działać pod wpływem zdobytych informacji, zadaj sobie trud, by zweryfikować ich wiarygodność:

1. Sprawdź z jakiego źródła pochodzi informacja (kto głosi taki pogląd? Co czyni go ekspertem w tej dziedzinie? Jakie ma wykształcenie i doświadczenie zawodowe w danym temacie?)

2. Poszukaj badań naukowych, które je potwierdzają (konkretnych badań, z autorem, tytułem i datą – nie sformułowań typu „amerykańscy badacze dowiedli, że…”)

3. Zapytaj „internety” i znajomych, co o tym sądzą? (najczęściej ktoś już spotkał się wcześniej z tym zagadnieniem i może podzielić się swoimi doświadczeniami).

Przyszli piloci uczą się w symulatorach lotów. Dlaczego? Bo gdyby zdobywali umiejętności kierując od razu samolotami, niewielu z nich ukończyłoby naukę. Lub pozostało przy życiu. Zanim więc wypróbujesz nową cudowną technikę podrywu na dziewczynie, na której Ci zależy, zanim zainwestujesz pieniądze w rewelacyjnie wyglądającą okazję biznesową – posłuż się takim symulatorem. Pomyśl nie tylko o tym, co można zyskać, ale także, co można stracić. Jakie są zagrożenia i na ile są one prawdopodobne. A zaoszczędzisz sobie dużo nerwów, pieniędzy i upokorzeń.

3. brak samokontroli

Poza brakiem wiedzy lub posiadaniem nieprawdziwych informacji są też dwie inne, równie istotne przyczyny głupich zachowań: brak samokontroli i ’emocjonalne owładnięcie’.

Zapewne wszyscy wiemy, że zjedzenie warzyw czy owoców, będzie korzystniejsze dla naszego zdrowia niż pożeranie słodyczy czy tłustych, ciężkostrawnych potraw. Gdy jednak nasze zasoby silnej woli są już na wyczerpaniu, trudno jest się nam oprzeć pokusie**.

Żonaty mężczyzna, posiadający kilkoro dzieci, z pewnością wie, że wdanie się w romans nie jest najlepszym pomysłem. Gdy jest w ‘chłodnym stanie emocjonalnym’ z łatwością dostrzega, że jego rodzina jest dla niego znacznie ważniejsza niż chwilowa przyjemność. Gdy jednak spotka się z atrakcyjną, zmysłową kobietą, a w jego krwi zaczną pływać hormony odpowiadające za pożądanie, priorytety całkowicie się zmieniają. W mózgu przestawia się zwrotnica i umysł racjonalny oddaje kontrolę nad zachowaniem umysłowi emocjonalnemu. A tego interesuje wyłącznie to, co tu i teraz. Porównuje przyjemność seksualną, której przedsmak już czuję, z sytuacją, w której do zbliżenia nie dochodzi. Wybór jest więc prosty. Przyjemność jest lepsza niż brak przyjemności.

Tragedią w tych przykładach jest brak perspektywy. Gdy znajdujemy się w ‘gorącym stanie emocjonalnym’ nie widzimy konsekwencji naszych działań. W przykładzie romansu, nie wybieramy bowiem tylko pomiędzy seksualnym spełnieniem lub jego brakiem. Jest to transakcja powiązana z poczuciem winy, nieszczerością w związku, a najczęściej także jego rozpadem – w dłuższej perspektywie. Dla większości ludzi szczęście dzieci, udany związek małżeński, szacunek dla samego siebie będą znacznie bardziej wartościowe niż seks. Niestety tylko do momentu, gdy u sterów jest racjonalny umysł.

Głupotą w tego typu sytuacjach jest nie tyle samo oddawanie się pokusie, co świadome wystawianie się na nią. Jeśli ktoś wie, że istnieje ryzyko, że nie będzie się w stanie skontrolować, a mimo to inicjuje spotkanie. To jak przyjeżdżanie samochodem na nakrapianą imprezę, na której koledzy z pewnością powiedzą: „Co, z nami się nie napijesz?!” i nie odpuszczą. Z góry wiemy, że może skończyć się to źle, ale liczymy, że jakimś cudem uda nam się powstrzymać.

————

BADANIA:

* Kruger, Justin; Dunning, David (1999). „Unskilled and Unaware of It: How Difficulties in Recognizing One’s Own Incompetence Lead to Inflated Self-Assessments”. Journal of Personality and Social Psychology 77 (6): 1121–34

** R.F. Baumeister, E. Bratlavsky, M. Muraven i D.M. Tice, „Ego Depletion: is the active self a limited resource”. (2000). Journal of personality and social psychology 74 (5), 1252.

————

Jeśli chcesz podejmować lepsze decyzje lub pomóc innym to zrobić, przestrzegaj 3 prostych zasad:

1. Zdobywaj wiedzę. Ciągle. Nigdy nie przestawaj. Pamiętaj, że najbardziej pewne siebie osoby, to te, które wiedzą najmniej. Eksperci są bardziej powściągliwi w swoich opiniach.

2. Weryfikuj informacje. Sprawdzaj źródło, szukaj badań, pytaj znajomych i internet.

3. Znaj swoje ograniczenia. Nie wystawiaj się na ryzyko i pokusy, w których możesz stracić zdecydowanie więcej niż zyskać.

A Twoje wybory będą trafniejsze, a życie szczęśliwsze. Czego Ci serdecznie życzę.   

podpis popraw 2

Jak możesz wzmocnić swoją silną wolę?

iStock_000015436371XSmall

Gdy nie jesteśmy do czegoś zmotywowani, naszym kołem ratunkowym staje się silna wola. Robimy coś, mimo iż nie mamy na to ochoty. Bo uważamy, że warto. Odkrycia współczesnej nauki mogą nas wspomóc w walce z samym sobą. Możemy zwiększyć swoją zdolność samodyscypliny. Jak to zrobić?

Na początku przypomnijmy kilka faktów dotyczących siły woli (samodyscypliny), o której szerzej pisałem w tym artykule.

1. najnowsze badania pokazują, że samodyscyplina nie jest cechą stałą, a jej zasoby są ograniczone.  Siła woli działa bardzo podobnie do baterii w Twoim telefonie. Zaczynasz dzień z naładowaną baterią i stopniowo zużywasz jej energię, gdy robisz rzeczy, których nie lubisz.

2. Jeśli już na początku dnia czeka Cię seria bardzo nieprzyjemnych zadań, to możesz bardzo szybko wyczerpać całą swoją silną wolę. Podobnie jak telefon, na którym korzystasz z energochłonnych aplikacji, szybko Ci się rozładuje. Jeśli jednak używasz komórki tylko do prostych funkcji, to bateria może Ci starczyć na długo.

3. Regeneracja samodyscypliny zachodzi stopniowo – podczas relaksu, snu i wykonywania rzeczy, które dają nam sporo przyjemności.

Mimo tego, że silna wola ma swoje ograniczenia i możesz jej użyć tylko okreśłoną ilość razy w ciągu dnia, istnieją sposoby, dzięki którym ta ‘bateria’ będzie działać bardziej efektywnie i starczy Ci na dłużej.

Na ciekawe badanie* zaproszono kobiety, które się odchudzały. Już na początku eksperymentu nakłoniono je do zjedzenia pączka i w ten sposób złamania swojej diety.

Następnie, jak to w eksperymentach bywa, podzielono je na dwie grupy. Zadaniem jednej z nich było po prostu zaczekać 5 minut. Łatwo jednak było przewidzieć, o czym myślały te kobiety. Wiele z nich robiło sobie w tym czasie wyrzuty, że zjadły pączka.

Do drugiej grupy przyszedł eksperymentator i powiedział: Zdajemy sobie sprawę, że część z Was może czuć wyrzuty sumienia w związku ze zjedzeniem pączka. Chcemy, żebyście pamiętały, że każdy czasem nie dotrzymuje danych sobie obietnic. Dlatego prosimy, żebyście się tym szczególnie nie przejmowały. Nic strasznego się nie stało.

Następnie poproszono kobiety z obu grup, by były testerkami słodyczy. Powiedziano im, że mają ich zjeść ile tylko potrzebują, by dobrze ocenić smak wielu różnorodnych łakoci.

Kto zjadł ich więcej? Kobiety pozostawione same sobie pożarły 70 g słodyczy. Te, które otrzymały instrukcje dotyczącą wybaczenia sobie błędu, zjadły 28 g, czyli ponad 2,5 razy mniej.

Dla wielu osób te wyniki były szokujące. Powszechnie bowiem panuje przekonanie, że jeśli po ulegnięciu pokusie powiem sobie: no trudno! Nic wielkiego się nie stało – to może to prowadzić jedynie do katastrofy. Zachęci mnie do kolejnego łamania postanowień. Tymczasem badania (omawiane wyżej i wiele kolejnych) pokazały, że jest dokładnie odwrotnie. Wszystkie prowadziły do tego samego wniosku:

Im większe wyrzuty robisz sobie w związku z ulegnięciem pokusie, tym większa szansa, że następnym razem oddasz się nałogowi i to w większym stopniu (zjesz / wypijesz więcej, postawisz więcej pieniędzy w kasynie itp.).

Jak to możliwe? Wyjaśnienie okazało się bardzo proste. Wiele z nałogowych zachowań ma na celu rozładowanie stresu. Pozwala się odprężyć. Im silniejszy wstyd i poczucie winy ogarniało ludzi, tym większą mieli potrzebę rozładowania tego napięcia – przez swój nałóg – kompulsywne jedzenie, picie, palenie papierosów czy branie narkotyków. Zasada ta dotyczyła również odwlekania spraw na później (prokrastynacji).  Im surowiej ktoś się oceniał, przez to że nie zrobił czegoś w wyznaczonym przez siebie terminie, tym dłużej odwlekał tę sprawę następnym razem.

Gdy czujesz się zestresowany, zawstydzony lub winny, te emocje wprowadzają Cię w stan, w którym jesteś znacznie podatniejszy na uleganie pokusom i natychmiastowe realizowanie swoich potrzeb.

Dlatego, by zwiększyć swoją silną wolę, zamiast mówić sobie: jestem słaby! Nigdy się nie zmienię! To silniejsze ode mnie itp.

1) okaż sobie współczucie i empatię. Powiedz: wszystkim się zdarzają potknięcia. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Dzięki temu znacznie zwiększysz swoją szansę, na uniknięcie podobnej porażki w przyszłości.

Jest jeszcze jeden potwierdzony naukowo sposób na zwiększenie siły woli.

W 2010 roku przeprowadzono badanie** na osobach, które miały bardzo poważne wyzwanie dotyczące siły woli. W przeszłości byli uzależnieni od narkotyków, a teraz starali się zerwać z nałogiem, biorąc udział w programie odwykowym.

Każdy z uczestników badania spał ok. 7 godzin. Połowę badanych poproszono, by zaczęli spać o godzinę dłużej (oprócz tego brali też udział w ćwiczeniach medytacyjnych, co zwiększyło jakość ich snu, sprawiło że szybciej zasypiali etc.). Pozostali spali normalnie.

Po 8 tygodniach porównano wyniki w obu grupach. Osoby, które spały dłużej i brały udział w ćwiczeniach medytacyjnych wykazywały się znacznie wyższą silną wolą i rzadziej ulegały pokusie sięgnięcia po narkotyki.

Kolejne badanie***, wykorzystujące rezonans magnetyczny, wykazało, że gdy człowiek śpi mniej niż 6 godzin, jego mózg nie jest w stanie uaktywnić czołowych struktur, które odpowiadają za przechowywanie informacji o naszych celach i pozwalają na ‘bycie lepszą wersję siebie’ oraz na powstrzymywanie się przed natychmiastowym zaspokajaniu swoich potrzeb.

Jeśli więc chcesz wzmocnić swoją siłę woli:

2) zawsze śpij co najmniej 6, a najlepiej 8 godzin dziennie.

W innym wypadku Twoja zdolność do samokontroli będzie mocno uszczuplona. Trzymając się analogii do baterii – będziesz zaczynał dzień, mając nie 100% energii, a tylko 20%.

————

BADANIA:

* Adams / Leary (2007). Promoting Self-Compassionate Attitudes  towards eating  among Restrictive and Guilty Eaters. Journal of  Social and Clinical Psychology.

** Britton et al. (2010). The contribution of mindfulness practice to a multicomponent behavioral sleep intervention following substance abuse treatment. Substance Abuse.

*** Yoo, Gujar, Hu, Jolesz & Walker 2007. The human emotional brain without sleep – a prefrontal amygdala disconnect.

————

Artykuł ten został zainspirowany książką  Kelly McGonigal – Siła Woli (ang. The Willpower Instinct)

Jeśli chcesz wzmocnić swoją silną wolę, zastosuj się do tych dwóch prostych sugestii, których skuteczność potwierdzają badania naukowe:
1) bądź dla siebie wyrozumiały, gdy ulegniesz pokusie
2) śpij 8 godzin dziennie.

A w przyszłości znacznie łatwiej powstrzymasz się przed niekorzystnym zachowaniem lub zrobisz to, co trzeba. Czego Ci serdecznie życzę. 

podpis popraw 2

Pozytywne myślenie nie działa, a wizualizacja szkodzi

black and white stone arch

Byłoby cudownie, gdybyśmy mogli przy pomocy własnych myśli i emocji wpływać na rzeczywistość. Gdyby dało się poprzez wizualizacje przyciągnąć do siebie zdrowie, miłość i ogólny dobrobyt. Wizja ta jest tak kusząca, że wierzą w nią ludzie na całym świecie, nawet mimo oczywistych faktów, które jej przeczą. Bo osoby, które robią na niej biznes, podsuwają coraz to lepsze racjonalizacje. Prawda jest jednak taka, że jedyne prawo przyciągania, które faktycznie istnieje, to grawitacja.

Moim ulubionym filmem jest Braveheart. Widziałem go kilkanaście razy. Jednak filmem, który obejrzałem znacznie częściej jest … The Secret. Oglądałem go ponad 30 razy. Co mnie skłoniło, do tak szalonego działania?

Ładnych kilka lat temu wpadłem na pomysł, by każdy dzień zaczynać od naładowania się pozytywną energią. Wsiadałem na rower stacjonarny, włączałem Sekret i zanurzałem się w pozytywnym przekazie. Wzmacniałem swoje przekonanie, że jestem kowalem swojego losu i jeśli tylko nauczę się odpowiednio ukierunkowywać swoje myśli i emocje, to cały świat będzie stał przede mną otworem.

Jak na porządnego ucznia przystało, stworzyłem w swoim pokoju Tablice Wizji. Na wielkiej tablicy korkowej (1 m x 2 m) zaplanowałem swoje idealne życie i wszystkie elementy, które chciałem do niego przyciągnąć. Miałem rozpisane życie na 10 lat do przodu, łącznie z tym, że określiłem, w którym roku się ożenię (nie mając dziewczyny), kiedy urodzą się moje dzieci i jak będą miały na imię.

Sam proces planowania był dla mnie bardzo ekscytujący, a wizualizowanie własnych sukcesów napełniało mnie radością. Fakt, że wszystko miałem rozpisane, dawał poczucie kontroli nam moim życiem.

I co się stało z tą sielanką? Została rozdeptana, gdy w moje plany z buciorami weszło prawdziwe życie. Wszechświat nie pofatygował się, żeby mnie obronić przed brutalną rzeczywistością, która ani myślała wpasować się w zaplanowaną przeze mnie przyszłość. Raz za razem ogarniało mnie zwątpienie i rozczarowanie. Była to bolesna nauczka, ale bardzo przydatna.

Oczywiście, to że mi coś nie wyszło nie jest żadnym dowodem na nieskuteczność danej techniki czy idei. Swój przykład przytaczam tylko po to, aby pokazać, że dobrze rozumiem, na czym sekretowe myślenie polega, bo mnie samemu kiedyś było bliskie. Wpisywało się w moje pozytywne usposobienie i optymizm.

O tym, że jedynym prawem przyciągania, które działa jest grawitacja, mówi nam nauka. Nie ma żadnych naukowych dowodów, które potwierdzało istnienie ‚prawa’ przyciągania. Wbrew powszechnemu, choć błędnemu, założeniu, nie robi tego fizyka kwantowa. Fizycy, który wypowiadają się w takich filmach jak ‚What the Bleep do we know’ czy ‚The Secret’ mówią o swoich prywatnych przekonaniach, które niewiele mają wspólnego ze współczesną wiedzą naukową.

Wizualizacja sukcesów, czyli wyobrażanie siebie wykonującego perfekcyjne określone działania i osiągającego znakomite rezultaty jest bardzo atrakcyjna emocjonalnie. Jeśli posiadasz plastyczną wyobraźnię, możesz poczuć się wspaniale i mieć wrażenie, że już ten sukces osiągnąłeś. Albo, że jesteś na niego skazany. Teraz wystarczy tylko zaczekać, aż on się wydarzy.

Pamiętam, jak będąc studentem polonistyki wypożyczałem po 10 książek na raz. Potrzebowałem przeczytać je na kolokwium z historii literatury. Gdy wychodziłem z biblioteki ze świeżo upolowanymi książkami, miałem nieodparte poczucie ulgi i kontroli nad sytuacją. Czułem jakbym miał już 90% pracy za sobą. No bo przecież mam już książki, teraz wystarczy je tylko przeczytać. Bardzo rzadko nawiedzała mnie refleksja, że wypożyczenie książek zajęło mi 30 minut, a przede mną zostało 3 000 minut (50 godzin) czytania. Że wykonałem dopiero 1% zadania i jeśli szybko się nie wezmę do roboty, to najpewniej nie zdążę przeczytać wszystkiego do kolokwium.

Wizualizacja często daje nam bardzo podobne i całkowicie błędne przeświadczenie o tym, że większość pracy już za nami. Ma to bardzo negatywne konsekwencje. Pozytywne myślenie i wizualizacja sukcesów nie tylko nie pomagają, ale często wręcz szkodzą. Gabriele Oettingen przeprowadziła na ten temat liczne badania. Pokazały one jednoznacznie, że fantazjowanie o sukcesach przyczynia się do osiągnięcia GORSZEGO wyniku.

Ludzie poddający się diecie i fantazjujący o sukcesie, na koniec badania ważyli więcej niż przed rozpoczęciem kuracji odchudzającej.

Studenci wizualizujący sobie, że dostaną same piątki na egzaminach, otrzymywali gorsze oceny od swoich kolegów, którzy nie oddawali się tego typu fantazjom.

Ludzie, którzy wyobrażali siebie dostających wymarzone prace albo nawiązanie relacji z idealnym partnerem, osiągali w tych polach gorsze wyniki niż ludzie, którzy tego nie robili.

Jeśli ten temat Cię szczególnie interesuje – przeczytaj opisy badań, które to potwierdzają:

1) G. Oettingen, T.A. Wadden. Expectation, Fantasy and Weight Loss: Is The Impact of Positive Thinking Always Positive? Cognitive Therapy and Research 1991, t. 15, s. 167-175.

2) G. Oettingnen, D. Mayer. The Motivating Function of Thinking About the Future: Expectations Versus Fantasies. Journal of Personality and Social Psychology 2002, t. 83, s. 1198-1212.

3) L.B. Pham, S.E. Taylor. From Thought to Action: Effects of Process-Versus Outcome-Based Mental Stimulations on Performance. Personality and Social Psychology Bulletin 1999, t. 25, s. 250-260

Jak to możliwe? Czemu wizualizacja powoduje gorsze wyniki? To bardzo proste. Fantazjowanie o sukcesie nas rozleniwia. Upajamy się wizją szczęścia, zamiast wykonywać faktyczne działania. Dajemy się zwieść, że większość pracy już za nami, a teraz wystarczy mimochodem zrobić kilka rzeczy, a reszta sama się ułoży. Rozpoczęcie działania często jest trudne. Aby to zrobić potrzebujemy średniej lub wysokiej motywacji. Fantazjowanie o sukcesie wygasza tę motywację. Przez to mniej się staramy, a w efekcie uzyskujemy gorsze rezultaty.

Czy to znaczy, że w ogóle nie powinniśmy myśleć pozytywnie i myśleć o sukcesie? Oczywiście, że nie. Tytuł mojego wpisu celowo brzmi prowokacyjnie, a przez to trochę odbiega od rzeczywistości. Pozytywne myślenie i wizualizacja mają też swoje pozytywne strony. Pozwalają nam uwierzyć w siebie, budują pozytywne oczekiwania (uda mi się!), które są niezbędne do tego, by rozpocząć działanie, a potem w nim wytrwać. Nie powinniśmy jednak poprzestawać na fantazjowaniu o sukcesie.

Jedną z najskuteczniejszych technik, która łączy dobre elementy wizualizacji i pozytywnego myślenia jest dwójmyślenie (ang. mental contrasting). Znów, jeśli lubisz czytać badania naukowe, odsyłam Cię do źródeł:

1. Oettingen, G., Marquardt, M. K., & Gollwitzer, P. M. Mental contrasting turns positive feedback on creative potential into successful performance. Journal of Experimental Social Psychology, 48, 990-996.

2. Gabriele Oettingen .Self-regulation of goal setting and goal disengagement.

3. Gabriele Oettingen, Peter M. Gollwitzer – Strategies of setting and implementing goals – mental contrasting and implementation intention.

Na czym polega technika dwójmyślenia? Jak sama nazwa wskazuje, myślimy o swoim celu na dwa różne sposoby. Najpierw koncentrujemy się na korzyściach, które odniesiemy, dzięki realizacji celu. Następnie myślimy o przeszkodach, które mogą się pojawić na drodze do osiągnięcia celu, a także, jak możemy sobie z nimi poradzić, gdy je napotkamy.

Dwójmyślenie działa najskuteczniej, gdy połączymy je ze spustem działania (ang. implementation intention – inne polskie tłumaczenia to intencja implementacji czy intencja wdrożenia). Dokładna instrukcja brzmi następująco:

Krok 1:  Określ swój cel, jako konkretny rezultat (np. schudnę 8 kg w ciągu 4 miesięcy).

Krok 2:  Wymyśl i zapisz dwie główne korzyści, które osiągniesz, realizując ten cel (np. będę mieć więcej energii na co dzień, będę bardziej zadowolona ze swojego wyglądu).

Krok 3:  Wymyśl i zapisz dwie główne przeszkody, które mogą Ci uniemożliwić osiągnięcie celu (np. nie będzie mi się chciało ćwiczyć, nie będę potrafiła się oprzeć pokusie zjedzenia słodyczy)

Krok 4: Do każdej przeszkody zaprojektuj działania naprawiające wraz z wyzwalaczem

Krok 5: Wizualizuj pierwszą korzyść i to w jaki sposób wpłynie na Twoje życie (np. dzięki temu, że schudnę 8 kg będę się lepiej czuła, będę miała więcej energii do pracy i do robienia rzeczy, które uwielbiam).

(uwaga! wyobraź, jak osiągnięcie celu pozytywnie wpłynie na Twoje życie, ale nie sam moment osiągania celu! Bo to, jak wiemy, może wygaszać motywacje.)

Krok 6: Wyobraź sobie jedną z przeszkód, która może zablokować Ci osiągnięcie celu (np. przez to, że nie będzie mi się chciało ćwiczyć, wcale nie będę tracić na wadze).

Krok 7: Wyobraź sobie siebie, jak wykonujesz działanie naprawiające, po dostrzeżeniu tej przeszkody (np. PO TYM JAK pomyślę sobie Nie chce mi się ćwiczyć, OD RAZU przypomnę sobie wszystkie korzyści, które osiągnę dzięki ćwiczeniom).

Krok 8: Wizualizuj drugą korzyść i to w jaki sposób wpłynie na Twoje życie (np. dzięki temu, że schudnę 8 kg będę wyglądała atrakcyjniej – zyskam na pewności siebie, łatwiej mi będzie poznać interesującego mnie mężczyznę).

Krok 9: Wyobraź sobie drugą z przeszkód, która może zablokować Ci osiągnięcie celu (np. przez to, że będę się objadać słodyczami i tak nie uda mi się schudnąć).

Krok 10: Wyobraź sobie siebie, jak wykonujesz działanie naprawiające, po dostrzeżeniu tej przeszkody (np. PO TYM JAK zachce mi się zjeść coś słodkiego, OD RAZU sięgnę po zdrową przekąskę).

Samo pozytywne myślenie i wizualizacja sukcesów wyrządzi Ci więcej szkód niż da pożytku. Wystarczy jednak, że posłużysz się techniką dwójmyślenia wraz ze spustami działania, a wykonując 10 prostych kroków znacznie skuteczniej przybliżysz się do osiągnięcia ważnych dla Ciebie celów. Czego Ci serdecznie życzę.

podpis popraw 2

Najbardziej przereklamowana rzecz we współczesnym świecie.

Panel of judges

Nie ma się co dziwić, że jeśli ludzie coś chętnie kupują, to na rynku pojawia się zatrzęsienie produktów z danej kategorii. Bynajmniej nie oznacza to, że są one skuteczne. Często jest dokładnie odwrotnie. Skoro ludzie potrzebują kupować czegoś więcej i więcej, jasno to pokazuje, że dany produkt nie zaspokaja ich potrzeb. Tak właśnie jest z … MOTYWACJĄ!

Gdzie się nie obejrzymy, atakują nas wystąpienia motywacyjne, książki o motywacji, szkolenia motywacyjne, na których łamie się deski, przebija strzały szyją czy chodzi po rozżarzonych węglach. Ma to swój urok, daje chwilowego ‘powera’ do działania i przekonanie, że ‘mogę wszystko’. Doświadczyłem tego na własnej skórze.

Jednak po powrocie z takiej imprezy, często mamy więcej problemów niż przed nią. Jak to możliwe?

Przekonanie ‘mogę wszystko’ jest nie tylko błędne, ale także szkodliwe. Ludzie, którzy przeceniają swoje możliwości (finansowe, intelektualne, fizyczne) podejmują nietrafne decyzje, które wielokrotnie mają tragiczne skutki.

‘Motywacyjne nakręcony’ pracownik może złożyć wypowiedzenie ze świetnej, dobrze płatnej pracy – bo nagle zapragnął  ‘być na swoim’ czy ‘pracować nad własnymi celami’ i założyć firmę. Nieważne, że nie ma doświadczenia w prowadzeniu przedsiębiorstwa, biznesplanu czy dobrego pomysłu na produkt.

Z kolei ‘nakręcony  motywacyjnie’ przedsiębiorca może wziąć kredyt na inwestycje, które wyglądają wspaniale, ale w rzeczywistości będą kompletnie nietrafione i spowodują, że jego firma zbankrutuje.

Czując bardzo silną motywację chcemy zmieniać świat, przenosić góry i przebiegać maratony. Jakikolwiek mniej ambitny cel jest dla nas zbyt miałki – gardzimy nim, bo nie wykorzystuje on ‘pełni naszego potencjału’. Wysoka motywacja często blokuje nas przed podjęciem działań, które w danym momencie byłyby dla nas najbardziej korzystne, ale nie wyglądają sexy.

Być może będzie to dla Ciebie zaskoczeniem, ale wysoka motywacja … szkodzi znacznie częściej niż pomaga. Czy jednak nie ma dla niej miejsca? Czy jest całkiem bezużyteczna? Nie. Przydaje się, ale tylko w jednej sytuacji – kiedy zadanie, które mamy do wykonania jest bardzo trudne. Wtedy bez wysokiej motywacji nie będziemy w stanie go zrobić. Jeśli jednak zadania są średnio trudne czy łatwe, przeciętny poziom motywacji w zupełności nam wystarczy.

Świetnie ilustruje to poniższy wykres i Model Zachowań BJ Fogga – stanfordzkiego profesora, który od 20 lat studiuje ludzkie zachowanie.

model Zachowania BJ Fogga

BJ Fogg mówi, że do zachowania dochodzi, gdy wystąpią jednocześnie 3 elementy: wyzwalacz (coś, co nam powie – zrób to teraz), odpowiednia motywacja i odpowiednia łatwość. Jeśli zabraknie dowolnego z tych elementów, nie dojdzie do zachowania.

Najłatwiej zrozumieć ten model na przykładzie dzwoniącego telefonu.

Jeśli nie pojawi się wyzwalacz (nie usłyszymy dzwonienia, nie poczujemy wibracji, nie zobaczymy mrugającego światełka albo ekranu) nie odbierzemy telefonu, nawet jeśli jesteśmy bardzo zmotywowani do rozmowy i łatwo nam odebrać.

Jeśli nie będziemy mieli dostatecznej łatwości w odebraniu telefonu (w jednej ręce niesiemy śpiące dziecko, a w drugiej torby z zakupami), nawet mimo wyzwalacza i motywacji nie odbierzemy telefonu.

Motywacja też jest nie bez znaczenia. Jeśli dzwoni do nas ktoś, z kim w ogóle nie mamy ochoty rozmawiać (np. znany nam sprzedawca oferujący odkurzacz za 10 tys zł. który odmieni nasze życie), to mimo łatwości i wyzwalacza też nie sięgniemy po telefon.

Wszystkie te trzy czynniki muszą wystąpić jednocześnie, aby doszło do zachowania.

Ludzie jednak zdecydowanie przeceniają rolę motywacji we wpływaniu na działanie swoje lub innych.

Spójrz jeszcze raz na wykres. Jeśli znajdujesz się poniżej progu aktywacji, do zachowania nie dojdzie, bez względu na to, jak często pojawi się wyzwalacz. Pomiędzy osią motywacji a progiem aktywacji jest przerwa, nie bez przyczyny. Ktoś może być bardzo do czegoś zmotywowany, ale jeśli dane zadanie jest dla niego zbyt trudne, to i tak tego nie zrobi.

Wyobraź sobie że ktoś oferuje Ci 1 000 zł za to, że podskoczysz na wysokość 1 metra (bez żadnych wspomagaczy typu trampolina itd.). 1 000 zł za 5 sekund pracy jest bardzo dobrą stawką, prawda?. Jeśli tylko masz wystarczającą łatwość (jesteś w stanie to fizycznie zrobić), to z pewnością się na to zdecydujesz. Jeśli jednak, tak jak ja, z trudem odrywasz się od ziemi, to żadna ilość pieniędzy tego nie zmieni. Ktoś mógłby Ci zaoferować 500 milionów dolarów, dzięki którym byłbyś ustawiony do końca życia. Trudno o silniejszą motywację. Ale jeśli nie potrafisz tego zrobić, nic to nie zmieni. Do zachowania nie dojdzie.

Badanie naukowe pokazują, że przy wysokich nagrodach ludzie zaczynają działać znacznie gorzej, a nie lepiej. Bo myśl, że taka okazja może im przejść obok nosa działa wręcz paraliżująco.

Niestety wielu ludzi uważa, że motywacja jest jedynym czynnikiem decydującym o tym, czy ktoś coś zrobi. Przez to pompują motywację, jak tylko się da, nie rozumiejąc, że cała para idzie w gwizdek – ucieka przez ‘komin motywacyjny’, co wcale nie przybliża ich do sukcesu.

komin motywacyjny

Dużo lepszym rozwiązaniem jest popracowanie nad 2 pozostałymi czynnikami: wyzwalaczem i łatwością.

I. Wyznacz dobry wyzwalacz (sobie, swoim klientom), który podpowie, że należy działać w tym momencie. Jeśli ktoś będzie miał odrobinę motywacji i zadanie będzie wystarczająco łatwe, to to zrobi.

Chcesz codziennie coś czytać (książkę, blogi)? Wyznacz jasny wyzwalacz – PO TYM JAK zrobię pierwszą przerwę w pracy, OD RAZU poczytam przez X minut.

Chcesz by klient, który był mocno zainteresowany Twoim produktem, w końcu go kupił? Wyślij mu maila, smsa, zadzwoń do niego. Daj mu bodziec, który zachęci go, by kupił teraz.

II. Zwiększ łatwość zadania.

Badania BJ Fogga pokazują, że w dłuższej perspektywie łatwość i prostota działania dają dużo lepsze efekty niż motywacja. Dlaczego? Bo motywacja jest niestabilna i nie mamy nad nią pełnej kontroli. Najczęściej działa jak fala – raz jesteśmy na górce motywacyjnej, raz w dołku.

Nie da się być cały na szczycie fali motywacyjnej. Możesz raz w tygodniu chodzić po rozżarzonych węglach, łamać strzały oczodołem czy zionąć gorzałą i ogniem jednocześnie. Mimo ciągłego nakręcania motywacyjnego i tak znajdziesz się prędzej czy później w dołku. To zjawisko często jest nazywane efektem jo-jo w motywacji. Im mocniej naciągniesz żyłkę, tym mocniej pociągnie Cię w dół w pewnym momencie.

Powodem nieskuteczności działań większości ludzi jest właśnie opieranie się wyłącznie na tak chimerycznym, humorzastym stworze, jakim jest motywacja. Jak jest wysoka – działasz. Jak spada – przestajesz pracować nad swoimi celami. Znasz to ze swojego życia? Ja bardzo dobrze.

Rozwiązanie tego problemu jest bardzo proste. Zamiast bazować na motywacji, na którą masz ograniczony wpływ, lepiej jest zwiększać łatwość działania. Jeśli dane zachowanie jest wystarczająco łatwe, to bez względu na to, czy masz wysoką, średnią czy niską motywację – zachowanie wystąpi.

Jedna uwaga – motywacja nie może być zerowa. Pomiędzy osią łatwości i progiem aktywacyjnym też jest przerwa. Jeśli absolutnie Ci się nie chce czegoś zrobić, to zachowanie zostanie wessane przez ‘kanał motywacyjny’ i spłynie do ścieków.

komin i kanał motywacyjny

Jednak sytuacja, w której zupełnie nic Ci się nie chce, jest bardzo rzadka – mam przynajmniej taką nadzieję. Dlatego odpowiednio projektując zachowanie, zadbaj o jego dużą łatwość. W przeciwieństwie do bycia zmotywowanym masz na to pełny wpływ. Możesz sprawić, że zachowanie będzie tak proste, że zrobisz je mimochodem.

Jeśli chcesz zacząć robić ćwiczenia fizyczne, ale nie możesz się do tego zebrać, zacznij od jednego powtórzenia. Jednej pompki. Jednego brzuszka. Jednego przysiadu.

Ja jeszcze 3 miesiące temu byłem w stanie przy wielkim wysiłku zrobić pół pompki – powoli opuścić się na podłogę. Stopniowo jednak moc wracała do moim mięśni, łatwość się zwiększała i mogłem sobie pozwolić na nieco więcej. Zrobienie 1 całej pompki. Potem dwóch na raz, trzech na raz. A teraz robię 50 pompek codziennie. Co prawda w dwóch turach, ale i tak jest to dla mnie sukces, w który jeszcze 3 miesiące temu był nie uwierzył. Wtedy byłem przekonany, że już na tyle się roztyłem, że nie ma dla mnie nadziei.

Chcesz regularnie wychodzić na spacer lub spędzać czas na świeżym powietrzu? Zaprojektuj zachowanie, w którym Twoim celem jest tylko ubrać strój sportowy, buty i wyjść za drzwi mieszkania. Tylko tyle. Jeśli będziesz chciał, możesz zawrócić do domu. Ale najczęściej nogi same Cię poniosą na zewnątrz.

Jak zwiększać łatwość naszym Klientom, aby chętniej kupili nasz produkt – o tym dowiesz się z kolejnego wpisu. Teraz chciałbym, żebyś zastanowił się nad swoimi działaniami. Jeśli czegoś pragniesz, masz przeciętną lub choćby minimalną motywację, aby wykonać dane zachowanie, odpowiedz na 2 pytania:

1) jaki wyzwalacz mogę zaprojektować? (PO TYM JAK … wstanę z łóżka / umyję zęby / przyjdę do pracy / włączę komputer … OD RAZU zrobię X)

2) jak mogę zwiększyć łatwość tego zachowania?

Jeśli tylko znajdziesz dobre odpowiedzi, przybliżysz się do osiągnięcia swojego celu wielokrotnie szybciej niż pracując nad motywacją. Czego Ci serdecznie życzę.

podpis popraw 2

Pułapka konsekwencji

trap

O co tak naprawdę chodzi w zarządzaniu sobą w czasie? By wyrabiać się z każdym deadline’m, wszędzie być punktualnie i umieć pożreć lunch w mniej niż 5 minut? A może jednak coś innego jest bardziej istotne? W tym wpisie rozprawię się z kilkoma popularnymi mitami na ten temat.

 

Szewc bez butów chodzi. Lekarzu ulecz samego siebie. To tylko dwa przykłady zadomowionych w naszej kulturze powiedzeń, które wskazują na to, że ludzie, którzy zawodowo oferują innym konkretną usługę, sami potrzebowaliby z niej skorzystać. W wielu przypadkach brak spójności pomiędzy tym, co dany „specjalista” mówi i robi jest sygnałem ostrzegawczym, pokazującym że kontaktów z tym panem lub panią lepiej unikać.

Nie wylewajmy jednak dziecka z kąpielą. Tylko 25% dentystów regularnie nitkuje zęby, mimo że niemal każdy z nich zaleca to swoim klientom i są badania naukowe potwierdzające, że to jeden z najlepszych sposobów przeciwdziałania chorobom jamy ustnej. Czy to czyni z nich kiepskich dentystów? Ciekaw jestem, z jaką skutecznością większość trenerów koszykówki wykonywałaby rzuty wolne, a trenerów piłki nożnej – karne. Podejrzewam, że z mizerną. Większość młodzików grających w trzeciej lidze, osiągnęłaby lepszy wynik. Czy to znaczy, że władze Chicago Bulls powinny oddać kierowanie zespołem pryszczatemu Dave’owi, a włodarze Legii Warszawa powierzyć swoją drużynę Zdzichowi z 3b? Tylko dlatego, że są „lepsi od trenerów”? A może powinniśmy też odebrać prawo wykonywania zawodu łysym fryzjerom i kardiologom z chorobami serca?

Mam nadzieję, że na każde z powyższych pytań odpowiedziałeś: Nie!

Każdy ma prawo do błędu i każdy z tego prawa korzysta. Perfekcjonistyczne standardy, to jedna z najgorszych krzywd, jaką można sobie wyrządzić. W zarządzaniu sobą w czasie nie chodzi bowiem o to, by wszystko robić na czas i idealnie, lecz o to, by umieć robić rzeczy, które naprawdę się liczą. Rozprawmy się w takim razie, z najpopularniejszymi mitami na ten temat:

MIT 1. Ktoś, kto jest dobrze zorganizowany, zawsze przychodzi punktualnie (nigdy się nie spóźnia).

FAKT 1. Wszyscy ludzie się spóźniają.

Prawdą jest, że ludzi można podzielić na dwie kategorie:

a) tych, którzy z reguły przychodzą punktualnie
b) tych, którzy z reguły się spóźniają

W dużej mierze jest to kwestia nawyków i umiejętności planowania. Jeśli chciałbyś popracować nad transferem z drużyny b) do a), gorąco polecam strategię SWEET, wymyśloną przez Marka Forstera. Przeczytasz o niej w książce Do it tomorrow lub w jednym z moim kolejnych wpisów. Mnie ona bardzo pomogła.

Jednak każdemu człowiekowi czasem zdarzy się spóźnić. Ze względów … nazwijmy to … zadziwiających (zaspał, zapił, zapomniał) albo zupełnie zrozumiałych (ukradziono tory na kolei, pijany kierowca tira wywalił ciężarówkę i zakorkował drogę ; – ). Nie ma co robić afery z powodu spóźnienia, o ile:

1) ktoś na bieżąco nas informował o rozwoju sytuacji,

2)przeprosił

3) i jest to sytuacja jednorazowa.

Co innego, jeśli ktoś się spóźnia notorycznie, na każde spotkanie z nami. Wtedy należy się poważnie zastanowić czy skoro nie potrafi wykonać tak prostego zadania, jak przychodzenie na czas, to czy poradzi sobie w bardziej ambitnych, które zamierzaliśmy mu powierzyć.

Regularnie zdarza mi się, że jeśli prowadzę szkolenie z zarządzania sobą w czasie i przyjdę 2 minuty po ustalonej godzinie, to słyszę żarciki typu: Ojojoj! Trener zarządzania czasem i się spóźnia! Nieładnie! To, że byłem na miejscu już godzinę wcześniej, a wezwał mnie na rozmowę szef zespołu lub w ostatniej chwili zmieniona została sala, nie ma dla uczestników znaczenia. Zawsze widzę te same uśmieszki. Dlatego coraz częściej celowo wchodzę na salę po czasie, żeby zainicjować dyskusję dotyczącą realistycznych standardów. Każdy może się spóźnić – nawet jeśli jest trenerem, papieżem czy królową Anglii.

Powiem więcej, łatwo mi wyobrazić sobie sytuację, w której spóźniam się z premedytacją albo odwołuję spotkanie tego samego dnia. Straszne, prawda? Aż nóż w kieszeni się otwiera na myśl o trenerze, który uczy innych zarządzania sobą w czasie, a sam popełnia takie gafy? Przekonajmy się czy na pewno.

Załóżmy, że potrzebuje wyjść z domu za 5 minut, by zdążyć na spotkanie z Klientem. W tym samym czasie dzwoni do mnie przedstawiciel korporacji, z którym negocjowałem duże zlecenie i mówi, że zastanawiają się jeszcze czy powierzyć przeprowadzenie 20 szkoleń mojej firmie czy tej drugiej. Ma do mnie sporo pytań. Czy jako dobrze zorganizowana osoba powinienem powiedzieć: Bardzo mi przykro, ale muszę właśnie wychodzić na spotkanie z Klientem, proszę do mnie zadzwonić za 2 godziny? Czyż zarządzanie sobą w czasie nie polega na trzymaniu się ustaleń i punktualności? Nie! Zarządzanie sobą w czasie to umiejętność wybierania priorytetów – decydowania o tym, co jest w danej chwili najważniejsze. W tym przypadku, powiedziałbym pracownikowi korporacji, że bardzo chętnie odpowiem na wszystkie jego pytania za 2 minuty. Wykonam tylko jeden telefon i będę do jego dyspozycji. A podczas tych 2 minut zadzwoniłbym do Klienta, powiedział jaka jest sytuacja i znalazł sposób by mu wynagrodzić to, że nie przyszedłem na umówione spotkanie (np. darmową sesją coachingową).

Dobrze jest mieć nawyk punktualnego przychodzenia na spotkania czy nawet bycia 10 minut przed czasem. Nie znaczy to jednak, że musimy być niewolnikami konsekwencji.

MIT 2. Ktoś, kto jest dobrze zorganizowany, zawsze dotrzymuje wszystkich deadline’ów.

FAKT 2. Deadline’y, jak wszystko inne w biznesie, podlegają negocjacjom.

Nikt nie lubi robić interesów z człowiekiem, który się zobowiązuje, że do danego dnia coś będzie gotowe, a tymczasem tego nie robi. Mija ustalony termin i cisza w eterze. Zero wyjaśnień, zero informacji o tym, do kiedy to ostatecznie będzie zrobione. Taka postawa to w biznesie większy obciach niż ubrać skarpetki do sandałów albo powiedzieć: „Ja tak bynajmniej uważam”*.

* bynajmniej oznacza: wcale, zupełnie, ani trochę | przynajmniej oznacza: nie mniej niż lub chociaż, bodaj, choć. Wbrew powszechnemu przekonaniu słowa te nie są synonimami i nie należy używać ich zamiennie ; – )

Jednak zupełnie inaczej zostanie odebrany człowiek, który zawczasu zadzwoni i powie, że zadanie okazało się bardziej skomplikowane niż się początkowo wydawało i czy można przełożyć termin realizacji o tydzień. Są takie sytuacje, kiedy nie będzie to możliwe, ale najczęściej klienci wykazują dobrą wolę, zwłaszcza gdy widzą, że dłuższy niż planowany czas realizacji usługi nie wynika z niedbalstwa, ale z innych czynników, często niezależnych od wykonawcy.

MIT 3. Ktoś, kto jest dobrze zorganizowany, nigdy nie przekracza zaplanowanego czasu na spotkanie, wystąpienie lub szkolenie.

FAKT 3. O czasie (spotkania, wystąpienia, szkolenia) warto otwarcie rozmawiać.

Podczas konferencji zdarzają się sytuacje, które wołają o pomstę do nieba – np. każdy z trzech prelegentów ma zaplanowane 30 minut na swoje wystąpienie, a pierwszy przeciąga swoje wystąpienie do godziny i 15 minut. Jest to ewidentny przykład chamstwa i braku poszanowania kolegów (koleżanek) prelegentów. Takie rzeczy warto piętnować i nie zapraszać więcej ludzi, którzy nie szanują czasu innych.

Czy to z automatu oznacza, że zawsze należy kończyć w wyznaczonym czasie? Niekoniecznie. Gdy prowadzę szkolenie i widzę, że możemy nie zrealizować całego materiału do końca planowanego czasu, gram w otwarte karty. Mówię: Słuchajcie, zaplanowałem jeszcze trzy ćwiczenia z tego zagadnienia, ale jeśli chcemy skończyć o 17 to będziemy mieli czas tylko na dwa. Kto z Was chce zostać do końca, czyli ok. 20 minut dłużej? A kto wolałby skończyć punktualnie? Ok. Proponuje zatem, by chętni zostali dłużej, a kto potrzebuje wyjść, ten będzie miał taką możliwość. Czy to Wam odpowiada?

W ten sposób pokazuje szacunek do uczestników i pozwalam im wybrać, a nie stawiam ich przed faktem dokonanym, jak nieszczęsny gadatliwy mówca z przykładu powyżej. Możesz sobie pomyśleć: Ok, ale czy nie nastąpiło potknięcie przy planowaniu szkolenia, skoro nie starczyło na wszystko czasu? Czasami tak jest, przyznaje się bez bicia. Ale w wielu sytuacjach taka „obsuwa” wynika z czegoś innego – że pozwoliłem grupie dłużej podyskutować na ważny dla nich temat. Czasem możliwość wymiany doświadczeń między uczestnikami jest dla nich cenniejsza, niż to, co trener ma do powiedzenia. Nie ma co ucinać produktywnej dyskusji tylko dla tego, żeby szkoleniowiec mógł się wykazać, że zrealizował wszystkie punkty z programu.

Podobnie jest ze spotkaniami. Założenie, że mówimy na tyle ciekawe rzeczy, że druga strona będzie chciała zostać 30 minut dłużej, to arogancja. Ale kończenie bardzo owocnego spotkania, tylko dlatego, że zaplanowaliśmy je na 45 minut, a każda ze stron może pozwolić sobie na dłuższą rozmowę, nie jest szczególnie sensowne. Należy jednak zawsze pytać, co druga strona myśli o wydłużeniu czasu spotkania czy naszego wystąpienia.

Osoby, które są mistrzami produktywności potrafią dotrzymać obietnicy, deadline’u i przybyć na spotkanie punktualnie. Jednocześnie są elastyczne i jeśli widzą, że warto zmienić wcześniejszy plan i ramy czasowe, nie boją się tego zaproponować – nie dają się złapać w pułapkę konsekwencji. Ty też się nie daj : – )