Bardzo nieromantyczna koncepcja miłości

couple in love

Nie zakochujemy się w ludziach ani nawet w ich wyidealizowanych obrazach. Zakochujemy się w emocjach, które nam te osoby dostarczają. W tym, jak sprawiają, że się czujemy. Gdybyśmy znaleźli innego człowieka albo nawet robota, który potrafiłby wywołać w nas te same stany, jego również moglibyśmy pokochać. Jak to możliwe? Odpowiedź znajdziesz w artykule.

Zanim przejdę do zaprezentowania swojej ‘bardzo nieromantycznej koncepcji miłości’, pokażę inny dominujący pogląd na miłość.

Androgyne i koncepcja dwóch połówek

Jeden z nich jest tak stary jak europejska kultura.  Zapoczątkował go Platon, opisując mit o adrogyne. Dawno, dawno temu, w czasach, których nie pamiętają nawet najstarsi górale, ludzie wyglądali zupełnie inaczej. Mieli dwie głowy, cztery ręce i cztery nogi. Byli tak potężni, że nawet bogowie się ich obawiali. Z tego też powodu nieśmiertelne istoty zdecydowały, że ludzi trzeba osłabić. Pod osłoną nocy dokonali brutalnego przecięcia, w wyniku którego z jednego pełnego człowieka, powstało dwoje niekompletnych. Dodatkowo bogowie porozrzucali ludzi po różnych zakątkach świata. Od tej pory mężczyźni i kobiety szukają swojej drugiej połowy, by się z nią złączyć i znów być jednością.

Koncepcja znalezienia „tej jedynej” czy „tego jedynego” została dodatkowo wzmocniona w romantyzmie, w którym gloryfikowano cierpienie wynikające z nieszczęśliwego zakochania. Werter wolał popełnić samobójstwo niż znaleźć dla siebie inną kobietę.

Wiele współczesnej dzieł  wpisuje się w tę tradycję. Hollywoodzkie filmy, różnego rodzaju książkowe romansidła (z wampirami lub pejczami) czy też teksty piosenek. Nic więc dziwnego, że koncepcja miłości, w której musimy odszukać „swoją drugą połówkę” tak wrosła się w naszą kulturę, że wielu osobom nawet nie przychodzi do głowy, że może być inaczej.

„Bardzo nieromantyczna koncepcja miłości”

Moja koncepcja opiera się na zupełnie innych założeniach, często przeciwstawnych do „połówkowej” teorii.

Po pierwsze: po świecie nie krąży jedna osoba, która jest nam przeznaczona. Nie jest tak, że w życiu można się tylko raz naprawdę zakochać, a cała reszta to pic na wodę i fotomontaż. W ciągu życia możemy „prawdziwie kochać” wiele różnych osób.

Po drugie: nie zakochujemy się w osobach, lecz w emocjach, które nam te osoby dostarczają.

Subtelne lingwistyczne rozróżnienie? Wręcz przeciwnie. To dwa zupełnie różne podejścia. Klasyczne zakłada, że kochamy konkretnego człowieka. „Bardzo nieromantyczna koncepcja” mówi, że najbardziej interesuje nas nie człowiek, lecz to jakie emocje w nas wywołuje. Na początku znajomości wiemy bardzo niewiele o drugim człowieku. Jeśli jednak spotkamy osobę odpowiednio atrakcyjną fizycznie (wzbudza w nas pożądanie seksualne) oraz emocjonalnie (potrafi nas rozbawić, zafascynować, sprawić że czujemy się wyjątkowi), to potrafimy szybko się w niej zakochać. To, czego o niej nie wiemy, wypełniamy swoimi fantazjami o idealnym partnerze. Działa tu klasyczny efekt aureoli – widzimy jedną dobrą cechę i od razu zakładamy, że skoro ktoś jest przystojny / piękny, to jednocześnie jest mądry, uczciwy, pracowity itd.

Pomysł że zakochujemy się nie w prawdziwym człowieku, lecz jego wyidealizowanej wersji dla wielu osób nie będzie odkrywczy. „Bardzo nieromantyczna koncepcja” idzie o krok dalej. Twierdzi, że nie tyle zależy nam na pokochaniu drugiego człowieka i związku z nim, ale na odpowiednim zestawie emocji, które w nas ten człowiek wywołuje. Gdybyśmy znaleźli innego człowieka, który działa na nas w podobny lub nawet silniejszy sposób, to jego też możemy „pokochać”. Czytaj, jesteśmy w stanie kochać jednocześnie kilka osób, jeśli każda z nich potrafi wprowadzić nas w odpowiedni stan.

Miłość do maszyny

Pójdźmy jeszcze o krok dalej. Wiele związków zaczyna się obecnie w internecie, na portalach randkowych typu Sympatia itp. Mamy na nich możliwość zobaczenia, jak ktoś wygląda … a dokładniej jak się prezentuje wyfotoszowowana wersja tej osoby. Możemy też zacząć rozmawiać, najpierw za pośrednictwem portalu, a potem „bardziej intymnych” smsów. W wyniku takich rozmów nieraz dochodzi do pojawienia się silnych uczuć w stosunku do osoby, której się nie widziało na oczy. Niektórzy ludzie zakochują się przez internet, nie wiedząc do końca w kim. Lub czym. Przeprowadzono bowiem kilka eksperymentów na tego typu portalach, gdzie specjalnie zaprogramowany komputer flirtował z kobietami i mężczyznami i skutecznie je uwodził. Na zdjęciach na swoim profilu nie pokazywał oczywiście procesora czy płyty głównej, ale wysportowane, seksowne ciałko wypożyczone z istocka. Dorośli mężczyźni i kobiety potrafili zakochać się w maszynie … a dokładniej potrafili się zakochać w emocjach, których źródłem był komputer. Bowiem zgodnie z „bardzo nieromantyczną koncepcją” w miłości nie jest ważna osoba czy obiekt, ale emocje zakochania, które w nas się pojawiają.

A co jeśli „bardzo nieromantyczna koncepcja” jest prawdziwa?

Zdaję sobie sprawę, że to dość kontrowersyjna teza i użyte przeze mnie argumenty nie będą dla wszystkich (zwłaszcza natchnionych romantyczek i romantyków) wystarczająco przekonujące, by zmienić swoje zdanie na temat miłości. Przyjmijmy jednak chociaż na chwilę, że tak faktycznie jest. Możemy się zakochać w każdym, kto potrafi wywołać w nas odpowiedni zestaw emocji. Z czego ten zestaw się składa? Dla każdego może on się trochę różnić, ale najczęściej będzie zawierał takie komponenty jak: pożądanie, podekscytowanie, omnipotencję (mogę wszystko / wszystko jest możliwe / „all you need is love”), intymność / bliskość, poczucie bezpieczeństwa itd.

Czy w związku z tym, heteroseksualny mężczyzna może się zakochać w innym mężczyźnie? Jak najbardziej. Pod warunkiem, że ten będzie wyglądał, jak atrakcyjna kobieta i w żaden sposób nie da po sobie poznać, kim jest naprawdę. Dokładnie taką historię znajdziemy w filmie [spoiler alert!] M. Butterfly z Jeremy’m Ironsem. Albo reality show „Wszystko o Miriam”.

Czy to dobra czy zła wiadomość, że nie tyle kochamy drugiego człowieka, co emocje, które w nas wywołuje? Ocena zależy od innych naszych przekonań.

Z jednej strony ktoś może w „bardzo nieromantycznej koncepcji miłości” znaleźć usprawiedliwienie do zdrady swojego partnera. Przecież „ja ją/ jego tak naprawdę nie kocham”, „mogę znaleźć sobie kogoś innego, kto we mnie wywoła stan zakochania/miłości”. Jeśli jednak komuś, tak jak mnie, bliskie są chrześcijańskie wartości i gdy już się ożenił / wyszedł za mąż nie dopuszcza możliwości związania się z kimś innym, ta koncepcja może być bardzo pomocna. W jaki sposób?

Popraw, nie porzucaj

Skoro miłość to zestaw emocji, które czujemy pod wpływem pewnej osoby, możemy pośrednio wpływać na to czy i jak mocno kogoś kochamy. Co prawda „serce nie sługa” i nie możemy sobie rozkazać kogoś kochać czy wzmocnić to uczucie. Jesteśmy jednak w stanie stworzyć odpowiednie okoliczności, w których każdą ze składowych miłości poczujemy silniej w towarzystwie bliskiej nam osoby.

Jeśli mężczyzna widuje swoją kobietę w domowych warunkach, w których przeważnie chodzi ona nieuczesana, niepomalowana i w przetartych dresach nic dziwnego, że silniejszym pożądaniem będzie reagował na „obce”, zadbane i wypachnione kobiety.

Jeśli kobieta widzi swojego mężczyznę jak ten drapie się po tyłku, dłubie w nosie czy ściąga śmierdzące skarpetki i rzuca je koło łóżka, nic dziwnego że inni faceci mogą sprawiać wrażenie atrakcyjniejszych.

Jeśli więc mężowie chcą bardziej kochać swoje żony, mogą zasponsorować im wyjście do kosmetyczki czy na szkolenie wizerunkowe, na którym kobiety uczą się dobierać makijaż i ubrania do swojego typu urody. Inna strategia to powiedzenie wprost o swoich potrzebach „bycia mężczyzną”, a więc możliwości decydowania czy wręcz dominowania, przynajmniej w niektórych elementach związku. Facet, który o wszystko musi pytać swoją żonę o pozwolenie, będzie się czuł jak kapeć.

Jeśli kobiety chcą bardziej kochać swoich mężów, niech wprost powiedzą na czym im zależy w sypialni i co sprawia, że czują się wyjątkowe. Drogie Panie, jeśli liczycie na realne efekty, to subtelne aluzje z pewnością ich nie zagwarantują. Jednoznaczne, dobitne sformułowania. Ewentualnie demonstracja w zwolnionym tempie. To powinno zadziałać.

Choć „bardzo nieromantyczna koncepcja” odziera miłość z duchowej warstwy i sprowadza ją do odczuwanych stanów emocjonalnych, uważam że jest ona bardzo optymistyczna. Pozwala bowiem popracować nad związkiem i wywoływaniem określonych uczuć, zamiast stwierdzić, że się niedopasowaliśmy i pora znaleźć kogoś innego. Przenosi odpowiedzialność z losu na ludzi. Bo to od nas zależy, przynajmniej pośrednio, co będziemy czuli względem naszego partnera i jak on się będzie czuł pod wpływem naszych słów i działań.